Styl Kolumbii Brytyjskiej

Broda? Modna, ale nie tak modna jak podniecanie się byle bzdurą z pinteresta pośrodku warszawskiej redakcji  sieciowego periodyku

Kiedy jeden z czytelników (dzięki!) zaproponował, żeby napisać o lumberseksualizmie zanim Michasia na swoim blogu rozwieje wszystkie wątpliwości, zareagowałem jak pies po powrocie ze spaceru w ulewie. Od kilku dni przed oczy nasuwają mi się podniecone hasła i linki do dojrzałych, analitycznych tekstów o trendach, ale ignoruję je jak umiem. Nic nie klikam, nic nie wiem. OK, jest słowo „lumbersexual” i kilka panienek ma od tego trochę bardziej mokro. A jeszcze kilka w zasadzie nawet mokro nie ma, ale one z kolei mają na wizytówce napisane „dziennikarka lajfstajlowa”. A w redakcji jest norma liczby tekstów dziennie i żeby tę normę wyrobić trzeba tyle pisać, że nie ma czasu wyjść z redakcji i znaleźć prawdziwy temat. Jakiś zachodni analityk pinteresta napisał słowo lumbersexual? Bierzemy!

A więc drwaloseksualista. Kiedy Richard Dawkins opisał zjawisko memu, miał na myśli dokładnie to: informacja, która jest jak wirus. Mutuje, przez co nie tak łatwo ją wykończyć. Ktoś kiedyś wymyślił słowo „metroseksualny”, przez skojarzenie miejskiego „metro” z jakimśseksualizmem, rozumianym jako stosunek wobec swojej płci i tego, jak się ona manifestuje. I tak już się utarło, że można być cokolwiekseksualnym – po drwaloseksualnych przyjdą pryszczaci nerdoseksualiści z przetłuszczonymi włosami, a po nich – kto wie – biali i prostokątni, postawni lodówkoseksualiści. Wieszcząc, już słyszę oburzenie informatyków: te pryszcze i tłuste włosy to krzywdzący stereotyp!

Ależ oczywiście. Ale zastanówcie się: kiedy w ogóle ostatnio widzieliście drwala, a zwłaszcza – kiedy drwal ten miał imponującą krzaczastą brodę i flanelową koszulę w kratę? Wszyscy naprawdę takie noszą, to nie stereotyp, broń Boże.

Nawiasem mówiąc: TU JEST POLSKA! Dziewczynki z modnych portali internetowych, wynagradzane po tysiąc osiemset brutto na zlecenie, nie zawsze mogą to wiedzieć, ale w Polsce drwaloseksualiści opisani zostali przez Stachurę w Siekierezadzie; nie nosili flanelowych koszul tylko waciaki i nie pili white doga tylko bimber. Mieli też dużo życiowej mądrości (por. Rozmowy przy wycinaniu lasu). Ale poza tym nie ma różnicy.

A więc drwaloseksualiści. Pojęcie ukute cztery dni temu przyjęło się i będzie panować przynajmniej do przyszłego wtorku. Rzecz dotyczy oczywiście tylko opakowania, a całe zjawisko, o ile w ogóle istnieje, jest projekcją pewnego wyobrażenia kilku chłopaków, którzy dobrze opanowali instagrama. Ich szorstki, naturalny styl ma się kojarzyć z dżunglą albo tundrą, ale ma cokolwiek wspólnego jedynie ze zgrzebnymi jutowymi workami, w których dostarcza się kawę do palarni. Albo z papierem z makulatury, na którym drukuje się „ekologiczne” katalogi sklepów z ciuchami.

Zresztą w tej pseudorebelii i każualizacji kryje się coś, czemu bardzo kibicuję: znajduje ujście męska integralność, sprezzatura w najlepszym wydaniu: pod względem wygody życia i skupienia na wyższych celach, świetnym krokiem jest zastąpienie codziennego golenia comiesięcznym strzyżeniem (o którym zresztą, wierzcie mi, można zapomnieć od czasu do czasu). Zamiana co dzień prasowanej dress shirt na kraciastą flanelę.

Ale z drugiej strony, od kiedy to dandyzm wyraża się w noszeniu niedoskonałych ciuchów? Kto i kiedy przekonał nas, że noszenie workowatych szmat jest dla ludzi żyjących na luzie, a krawaty i krochmalone kołnierzyki dla sztywniaków? Tak jakby nie było można reszty z ostatniego drinka wydać na pucybuta, albo ostentacyjnie debatować o łączeniu pasków i kratek, tam gdzie inni debatują o kursach walut i cenach ropy brent – czy to doprawdy takie sztywne? To dziwne przewartościowanie nastąpiło w ciągu ostatnich 40-50 lat i podejrzewam, że winny jest u nas PRL, ale jednocześnie trend jest bardziej globalny, a samo obwinianie komunizmu o wszelkie zło wydaje mi się tchórzostwem intelektualnym, na które nie jestem gotowy.

Tak czy inaczej, jak widać, nihil novi. Za miesiąc znów przyjdzie coś mało zaskakującego, alpinistoseksualizm albo dentystoseksualizm, gruchnie w social mediach niezwykle istotny temat i wszyscy będą chodzić podnieceni, tak jak dziś chodzą podnieceni od nowego słowa lumbersexual. Bo to jest właśnie to, co lubią puste umysły: słowa, słowa, słowa.

 

PS. Na tym drwaloseksualnym tle sławna kampania reklamowa Bytomia (Culture Icons: Grzegorz Ciechowski) wygląda na naprawdę odważną. Nie dlatego, że ktoś odważnie poszargał świętość Obywatela GC, ale dlatego, że Grzegorz z Ciechowa był cherubinkiem w otoczeniu brodatych drwali na plakatach wszystkich innych sieci.

 

PS2. Niezależnie od wszystkiego jeśli znajdzie się ktoś, kto rzetelnie prześledzi temat Drwal jako symbol seksownego mężczyzny, to mamy szansę doczekać się jednego z tych lepszych tekstów, które na temat stylu można napisać. A jeśli rzeczywiście ten archetyp został wyciągnięty ze skandynawskich zinów homoseksualnego porno, to Michał Witkowski wydaje się zdolny taki tekst popełnić. Dlatego czekam wieczora, na kiedy obiecana jest publikacja.