O pożytkach z dorosłości

„Cześć mała, masz chłopaka? Tak? A mogłabyś mieć mężczyznę”. To najlepszy z tekstów na podryw, jakie znam i często go stosuję.

Powiem od razu: nie sprawdzałem, czy działa, bo jako mężczyzna żonaty, nie mam na tym polu gigantycznych ambicji. Ale chyba byłby dobrym początkiem znajomości: jest dowcipny, zaskakujący i intrygujący. Jeśli masz taką potrzebę, sam wypróbujesz. Pamiętaj tylko o jednym: one lubią mówić „sprawdzam”, a kiedy już to się stanie, nie ma przestrzeni na blef. Dlatego rzeczywiście warto wyglądać i zachowywać się jak dorosły.

To oczywiście świetna wiadomość: kiedy tylko zechcesz się przekonać, że przyzwoita marynarka nie jest ani trochę mniej komfortowa, niż bluza z kapturem, wyprzedzisz o dwie długości boiska szary ogół gości w średnim wieku, którym garnitur kojarzy się ze smutnym obowiązkiem uniformizacji dwa razy do roku.

Przyznałem się, że rzadko podrywam dziewczyny, ale o sile wyglądania jak mężczyzna przekonałem się osobiście. Miałem wtedy dwanaście lat i w najlepsze trwała moja nieszczęsna kariera harcerska (cztery lata „w strukturach” w ogóle przekonały mnie do uniformizacji, nie ja jeden zresztą chyba tak mam). Któregoś razu nasza drużyna zorganizowała wieczornicę z okazji dnia kobiet, które w drużynie mieliśmy, ale profilaktycznie trzymaliśmy je w oddzielnym zastępie. Ustalone zostało, że ubierzemy się jakoś tak bardziej elegancko.

Nie wiem, skąd tego wieczoru wytrzasnąłem dorosłą marynarkę. Być może należała do mojego wiele starszego brata, który zdawał w niej maturę. Szary tweed w jodełkę, bardzo przyzwoita i chyba nie tak znowu za duża. Założyłem do niej jakąś koszulę i tak, odstawiony jak stróż w Boże Ciało, wyruszyłem przedstawiać program artystyczny. Prawdopodobnie wyglądałem – według moich dzisiejszych standardów – raczej kiepsko, w każdym razie mój syn w tym wieku będzie miał lepszy gust i większy wybór – już moja w tym głowa.

Na samej imprezie nie usłyszałem chyba żadnego komplementu, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie miałem żadnych oczekiwań, które mógłbym zawieść. Po raz pierwszy o tym, że jestem „eleganckim mężczyzną”, dowiedziałem się… od matek koleżanek, kiedy jakoś tam się zdarzyło takową spotkać. Wieść o mojej marynarkowej prezencji dotarła pod strzechy, tam zatoczyła krąg i wróciła do mnie jak bumerang. Mój strój koleżanki zreferowały rodzicom, innym koleżankom, samemu mi nie mówiąc słowa, że doceniają. I po co? Faceci nie są po to, żeby by być komplementowanymi, ale po to, żeby komplementować. To zasady gry.

Ta myśl naszła mnie po latach, zupełnie z zaskoczenia, kiedy na kawie w korpie rozmawiałem z koleżankami z pracy. – Gdybym był zamożnym rentierem – powiedziałem – założyłbym prywatne muzeum.

– Pewnie muzeum butów – odpowiedziała moja przyjaciółka.

Odpowiedź co najmniej dziwna. Mam butów raptem z piętnaście par, chyba żadne nigdy nie stały się przedmiotem komplementu czy dyskusji na forum biurowym. Ale kobiety… one po prostu to widzą. I przekonały mnie: buty to świetna inwestycja w pijar. Jeśli będziesz inwestował mądrze i wytrwale, teksty na podryw nie będą ci w ogóle potrzebne. Po prostu ubieraj się jak dorosły, a kiedyś na pewno usłyszysz: „Masz kobietę? A mógłbyś mieć dziewczynę”.