Użyteczne adresy z sąsiedztwa

„Like so many others, I have become a slave to the Ikea nesting instinct” – mówił znany, choć bezimienny, bohater Fight Clubu. Warto poćwiczyć instynkt wicia gniazda na obiektach z sąsiedztwa, które potrafią znacznie ułatwić życie

Skurczenie świata: znak czasów. Nie musimy nawet mieszkać w mieście, żeby mieć dostęp do towarów i usług z całego świata i naprawdę wiele osób sprowadza przez internet nawet buty (co mi się jeszcze nigdy z powodzeniem nie zdarzyło), nie mówiąc o krawatach, gadżetach czy biżuterii. Dlatego często zapominamy o tym, jak ważne jest nasze tu i teraz. Pogoda cały czas kilka stopni na plusie, więc wybierz się na spacer. Upewnij się, że znasz swój habitus. Oto pięć obiektów, których nie zastąpi ci nawet najszerokopasmowsze łącze internetowe.

Pan: "Aliści, jeno Charvetowi frak mój do prania powierzam". Pani: "No..."

1. Dobra pralnia to skarb dżentelmena. Nie tylko takiego, któremu do świętości trochę daleko i nie zawsze zna pochodzenie plam na ubraniu, które założył poprzedniego wieczora. Po pierwsze, im bardziej dorasta twoja garderoba, tym więcej rzeczy, które ona zawiera, ma na metce napis „dry clean only”. Po drugie, pranie w pralni potrafi odświeżyć rzeczy, które przez miesiące wędrówki między szafą, ciałem i pralką straciły nieco nieskazitelności. Niepokojących plam na ulubionej koszuli nawet nie próbuj zapierać na własną rękę przed konsultacją z panią w pralni.

Z tego, jak istotna jest dobra pralnia, nie zdawałem sobie sprawy dopóki nie odkryłem, że nie wszędzie jest tak, jak u mnie na Grochowie. Uważałem, że skoro panie są zrzędliwe, a raz zgubiły mi spodnie na cały jeden dzień, to znaczy, że firma jest raczej przeciętna. Nic z tych rzeczy: w moim wyobrażeniu PRL-u zderzają się dwa obrazy etosu pracy: robotniczy „czy się stoi czy się leży” z inteligenckim „róbmy swoje”. Panie z pralni mogą wpisywać się w obie te poetyki. Dlatego może i nie odpowiedzą ci „dzień dobry”, ale skutecznie powiedzą „do widzenia” plamie na krawacie. Oczywiście, dzisiejsze sieciówki w hipermarketach (znam ze słyszenia i dobrych opinii 5-á-sec) są zapewne lepsze pod względem tempa i kultury obsługi klienta, pytanie jednak, czy łatwiej obłaskawić ich personel, niż panią z osiedlowego punktu, a to ważna rzecz. Bo jeśli pani z pralni uzna, że dodatkowa porcja wysiłku jest ważna, „bo to taki miły pan” – wygrałeś. A razem z tobą twoja garderoba.

2. Poprawki krawieckie: nie jedź „do miasta”. Przytyło się parę kilo i marynarka nie jest już tym, czym była? Oddaj ją któremuś ze znanych krawców w centrum. Znają marynarki nie tylko z żurnali i wiedzą, jak to czy tamto musi być skonstruowane, co można przesunąć, gdzie popuścić. Ale jeśli właśnie odkryłeś, że koszula, którą lubisz, mogłaby być węższa, spodnie – przestać się włóczyć po ziemi za właścicielem, a guziki płaszcza lepiej trzymać w miejscu, rozejrzyj się dookoła. W polskich miastach punkt poprawek krawieckich czai się w co trzeciej suterenie bloku, co piątym zaadaptowanym garażu albo pomieszczeniu za małym, by pomieścić tam poważny biznes. Zasada, że po którymś zamówieniu będziesz wiedział, czego oczekiwać i na co zwrócić uwagę przy zlecaniu pracy, nie różni się niczym od współpracy z najlepszymi krawcami, u których zamawiasz garnitury.

3. Punkt szewski. Potrzebujesz reperacji fleczka, czy tylko sztacha butaprenu? Obojętne – zawsze z pomocą idą punkty poprawek szewskich, równie popularne, co poprawki krawieckie. Niezwykle przydatne, zanim twój zbiór butów będzie się składał z samych limitowanych serii najlepszych marek, które gwarantują dożywotni serwis door-to-door z dowozem bentleyem. Osobiście nie ufam punktom „usług mistrzowskich”, gdzie zegarmistrz, szlifierzmistrz i szewcmistrz łączą się w jednej osobie, ale zaufanie jest ważniejsze od zasad, więc jeśli twój szewc potrafi dorobić też klucz Gerdy – trzymaj się go. Tylko nie ostrz u niego noży. Tego naprawdę nie robi się na szlifierce.

Cnotą kwiaciarni jest pracować do późna i mieć szeroki asortyment

4. Dobra kwiaciarnia jest nie tylko dla mężczyzny „w pewnym wieku” tym, czym kiosk z kondomami dla chłopaka. Ma też inną ważną funkcję. Połowie populacji – wiecie, tej drugiej połowie – zastępuje aptekę (magnez na PMS, proszki na „nie dzisiaj, boli mnie głowa”, prozak na ból życia), kiosk z upominkami (jeśli nie było kiedy kupić cioci prezentu na imieniny; wujkowi w takiej sytuacji dajemy nieotwartą flaszkę z własnego barku), a w ograniczonym zakresie nawet galerię handlową.

Nie musisz się znać na kwiatach, żeby rozpoznać dobrą kwiaciarnię. Poznasz ją po tym, że nie musisz się w niej znać na kwiatach (uroki rekurencji), różnica między sumą cen kwiatów a ceną bukietu, czyli koszty przybrania, nie jest załamująca, a całość jest ładna i zapakowana w coś, co oddycha (celofan zamraża kwiaty w zimie i dusi je w lecie). Wspominałem o kwiaciarce? To taka sprzedawczyni z duszą artystki-florystki, do tego osadzona w miejscu stworzonym do flirtu. Nie wspominaj o niej żonie, kiedy wrócisz do domu z kwiatami – może zepsuć efekt.

5. Całodobowy kebab. Nie wiem, jak wy, ale ja rzadko mogę się powstrzymać przed kebsem o czwartej nad ranem po dobrze zagospodarowanym wieczorze. Przyznaję jednak, że dorzuciłem ten punkt dla równego rachunku.

Zapach mężczyzny

Niektóre mają pół wieku i wciąż można je kupić. Klasyczne i czysto męskie perfumy żyją w cieniu współczesnych obupłciowych kompozycji.

Żaden inny element męskiej garderoby nie wpisał się tak mocno w kulturę unisex, jak perfumy. Wizerunek trafia do nas przez rozum, mamy czas, choćby podświadomie, przeanalizować go. Dlatego wciąż nie wymiera ostatecznie grupa mężczyzn, którzy trendowi unisex mniej lub bardziej się opierają, stawiając na wizerunek jednoznacznie męski. Tymczasem projektanci, którzy serwują nam swoje kompozycje perfum, stawiają bardzo powszechnie na bezpłciowe nuty cytrusowe, łagodne, nawet słodkawe i niektóre z nich nazywają „Men”,  jakby obowiązkiem mężczyzny było pachnieć kwiatkami i świeżością kostki toaletowej.

Zapach, podobnie jak smak, uderza bezpośrednio w nasze odczucia estetyczne, atakuje pola skojarzeń, wyobrażenia. Pamiętacie magdalenkę Prousta? Dlatego, poza wyraźnymi anty-magdalenkami, perfumy podobają nam się prawie zawsze, bo po prostu pięknie pachną. Kto by miał tyle życia, żeby uczyć się nut głowy, serca i bazy, a później rozkładać je na czynniki pierwsze? Moje początkowe fascynacje perfumami to L’Eau par Kenzo, czyli kosz cytrusów i Givenchy Irresistible, pierwsze, zielono-czarne.

Dzisiaj jestem im – częściowo – wierny i patrzę z niepokojem na ubywanie błękitnego płynu z kolejnego flakonu. Ale Kenzo to włoski warzywniak, a ja, mimo, że oczywiście jestem miłośnikiem śródziemnomorskich klimatów, chciałbym się jednak kojarzyć z czymś nieco innym. Ciężkie drzewne i ziołowe nuty Givenchy, których kontynuację znalazłem ostatnio w Dsquared Silver Wind Wood, mają dalej wiele uroku, zwłaszcza że to zapach, w którym bardzo mnie lubi moja żona, co – szczęśliwy, kto nie wie – na pewnym etapie życia ma swoje zalety. Ale zapach lasu w wydaniu wylansowanych projektantów to jednak coś jak Land Rover Defender przerobiony na limuzynę (mówiłem, że zapachy przenoszą od razu do dzikiego świata pozarozumowych wyobrażeń?), a życie w mieście wymaga innych nut.

Jakich? Na pewno mydlarnianych, bo oznaczają mężczyznę zadbanego, ale nie przesadnie przywiązującemgo wagę do maskowania swojej naturalności. Zapach mydła czy kremu do golenia, jak kurze łapki wokół oczu, podkreśli dostojną, niedbałą naturalność. A na wierzch, czego dusza zapragnie: kawa, wódka, koniak, tytoń, a dla odważnych – może opium?

Poszukiwania rozpocząłem w sieciowych perfumeriach. Trudno w nich oczywiście o „butikowe” zapachy, które na pewno byłyby bardziej charakterystyczne i niepowtarzalne, może także lepsze jakościowo. Ale sieciówki to dobre miejsce na start, a może wyniki kwerendy przydadzą się jeszcze w ogniu przedświątecznych zakupów.

Nie ma to jak o świcie, w ręczniku na biodrach, boksować się z własnym cieniem. Chanel Egoiste Platinum wydają mi się prostsze niż plakat, który je reklamował

Pierwszym bodźcem do poszukiwań była rozmowa na perfumiarski temat z przyjacielem, którego skóra epatowała mnie w międzyczasie Chanel Egoiste, zapachem zaiste spełniającym kryteria męskości (rozmawialiśmy m.in. o świetnej reklamie tego pachnidła). Jednak wypuszczone na rynek już ponad dwadzieścia lat temu perfumy w którymś momencie tak obezwładniają zapachem tytoniu, że nieomal budziłyby we mnie – palącym sporadycznie – poczucie winy. Tytoń, którego szukałem w perfumach, znalazł mnie sam i od razu znokautował. Co prawda marka Egoiste znana jest też w bardziej popularnym, nowoczesnym i wygładzonym wydaniu Platinum, zapachu bardzo ciekawym, ale… no właśnie, popularnym, nowoczesnym i wygładzonym. Świetnie uzupełniałby smoking na balu, gdzie żaden mężczyzna nie próbuje narzucić swojego ja innym, jednak dla potrzeb codziennego życia towarzyskiego i uczuciowego wydaje mi się zbyt mało partykularny.

Drugi trop to nowe perfumy Carolina Herrera 212 Vip Men. Narobiły mi wielkiego smaku mową o wódce, kawiorze, skórze i drzewie. Skojarzenia tych zapachów, zwłaszcza rosyjskobrzmiących nut wódki i kawioru, w opracowaniu zachodnich perfumiarzy, zdawały mi się mieć potencjał wyrażania czegoś nieuchwytnego w kondycji polskiego mężczyzny (znacie tę anegdotkę o Francuzie, który leciał do Moskwy i Rosjaninie, który podróżował do Paryża? Obaj mieli międzylądowanie w Warszawie. „Moskwa!” wykrzyknął urzeczony Francuz – „Paryż!”, zachwycił się Rosjanin). Niestety, po jednej próbie muszę powiedzieć, że marketing wyprzedził produkt, choć może kiedyś dam mu drugą szansę.

Pour Monsieur powstały w 1955 i wciąż są bez problemu dostępne w handlu

Tymczasem są ważniejsze sprawy. Otóż nawet na półkach perfumerii w zwykłych centrach handlowych (w przeciwieństwie do butików dla wtajemniczonych) można trafić staromodne, urzekające męskie „mydlarnie” w dawnych i nowych wydaniach. Na krótką listę zakwalifikowanych do kolejnego etapu postępowania dostał się więc klasyczny zapach Armaniego, właściwie bez tytułu (Armani Pour Homme), opracowany bodaj w połowie lat osiemdziesiątych. Jednak chyba pod względem klasyki przewyższają go zapachy ze stajni Chanel: Pour Monsieur i Antaeus. Ten pierwszy zobaczył światło dzienne już w 1955 roku, jest więc najstarszy z ankietowanych. Do czasu premiery Antaeusa, która miała miejsce na początku lat 80., był to jedyny męski zapach Chanel i chyba rozumiem dlaczego: kardamon, cedr, wetiwer i kilka innych nut w tym przeciekawym pachnidle to wszystko, czego potrzeba mężczyźnie. Pour Monsieur jest zdecydowanie niedzisiejszy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. To samo można powiedzieć o drugich perfumach Chanel, ale one wydały mi się zbyt narzucające.

TYCH nut na szczęście nie znajdziecie w "autorskim" zapachu Toma Forda

Dla porzadku, na końcu sprawdziłem, jak rzecz ma się dzisiaj. Kontynuatorem klasyki jest linia Toma Forda, który swoim filmem Samotny mężczyzna udowodnił, że klasyczną elegancję traktuje poważnie i z nostalgią. Najbezpieczniejsze są perfumy, które sygnował wyłącznie nazwiskiem (Tom Ford), choć zdjęcie, które je reklamuje, zdaje się twierdzić co innego. Tom Ford Grey Vetiver to bardzo ciekawy, klasyczny zapach, który – podobnie jak wcześniej Egoiste – sprawił mi niemałą niespodziankę, kiedy po kilku godzinach poczułem wyraźny… smar. Podobno Grey Vetiver to nowoczesny zapach, niewątpliwie nie jest jednak unisex. Jak by jednak nie było, kiedy zamierzasz oczarować nim kogoś, z kim jesteś umówiony, upewnij się, że jest to osoba punktualna. Jeśli spóźni się o godzinę na właściwe, ciężkie męskie nuty, zastanie na miejscu spotkania spracowanego mechanika. Aha, Tom Ford robi jeszcze perfumy o nazwie Extreme, która wydaje mi się dobrana równie idealnie, jak słowo Irresistible do perfum, którym nie może się oprzeć moja żona. Jest zatem zbyt ekstremalna. Perfuma, nie żona.

Na koniec kilka ogólnikowych zastrzeżeń: po pierwsze – wierzę w to, że istnieje grupa ludzi, którzy potrafią rozmawiać we wspólnym języku o zapachach czy smakach, można i warto się tego języka uczyć, ale – póki co – lepiej nie ode mnie. Po drugie – to co na mnie albo na kimś, kogo znam pachnie w konkretny sposób, może i będzie pachnieć inaczej na tobie. W Egoiście tytoń jest – to fakt potwierdzony przez wszystkich. Ale być może stwierdzenie, że pachnie się nimi jak kryształowa popielnica, to jakaś moja osobista psychodrama? Tak czy inaczej ten zapach na pewno warto sprawdzić. A po trzecie – zapachy znanych marek, które można znaleźć w perfumeriach w centrach handlowych, do tego w Polsce (nieniachalnie dopieszczanej przez luksusowe marki), to naprawdę dopiero wierzchołek góry lodowej. I chociaż mam swoich faworytów w poszukiwaniu zapachu dla dorosłego mężczyzny, to gdzieś tam jest życie, którego jeszcze nie wiodę. Nie poddaję się więc, a na razie zostaję przy Armanim i dwóch najstarszych Chanelach. Jako jedyne wyróżniały się z wielu próbek po dobie leżakowania, a w świecie zapachów oznacza to, że są niemal nieprzemijające. Jak stary dobry styl.

O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.

Pięć najważniejszych dodatków

Tak to się już ponuro w życiu składa, że goniąc za rzeczami wielkimi czasem zapominamy o małych, które dają wielki efekt. Oto pięć dodatków, które nadają znaczenie słowu „styl”, nie opróżniając przy tym portfela. Może posłużyć jako lista obecności, zastosowana do własnej szafy, albo lista prezentów choinkowych dla eleganckich krewnych i znajomych.

 

Wiem, zdjęcie Bonda jako ilustracja to ograny numer. Ale taki Robert Kozyra nie byłby ani trochę lepszy

1. Poszetka jest oczywiście na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że, jak twierdzą uparci, należę do subkultury, która poszetką wyraża swoją tożsamość. Chodzi raczej o to, że chusteczka w kieszonce marynarki jest czytelnym sygnałem noszenia tej ostatniej dobrowolnie, z dumą i na luzie. Jeśli masz mieć tylko jedną chusteczkę do brutaszy i używać jej codziennie przez całe życie – nie jest to błąd, o ile jest ona biała. Z białą poszetką nie można źle trafić i choćbyś miał tysiąc krawatów, będzie pasowała do każdego. W internecie znajdziesz setki sposobów składania poszetki – wybierz dowolny, pod warunkiem, że stosuje się do niego słowo „nonszalancko”.

 

 

 

 

 

Jeśli Tom Ford nie wstydził się dawać swojemu bohaterowi spinki do krawata – ty też nie musisz

2. Spinka do krawata. Natknąłem się nie raz na porady z gatunku savoir vivre’u, i chociaż nie mam o nim zbyt wielkiej i usystematyzowanej wiedzy, to potrafię rozpoznać idiotyczną regułę, kiedy ją czytam. O spince do krawata dowiedziałem się, kolejno: że to wymysł Jankesów, na tyle głupich, że krawat tonie im w zupie; że przystoi, i owszem, ale tylko kelnerom; a ostatnio, że to biżuteria na tyle elegancka, że pasuje tylko do stroju formalnego. Cóż, nie wiem, jak wam, ale mi krawat rzadko sprawia problem w trzymaniu kieliszka czy odkrawaniu kęsów kaczki. Spinka może być natomiast nieocenionym sprzymierzeńcem na co dzień, w domu czy w pracy, gdzie (serio!) może się zdarzyć, że zdejmiesz marynarkę, a niesforny zwis męski będzie bezwzględnie dążył do zachowania pionu niezależnie od tego, co robisz. Nonszalancja, jak zawsze, jest ważna, ale tutaj postawiłbym na słowo „prostota”.

 

 

 

 

 

Laurence Fellows wiedział, że irchowe rękawiczki to szczyt lansu, a parasol zagrażający przechodniom – niekoniecznie

3. Irchowe rękawiczki. Klimat w Polsce sprawia, że konieczne są przynajmniej dwie pary rękawiczek – jedna z ociepleniem, druga bez. Granatowym garniturem wśród rękawiczek są te z jeleniej irchy, przyjemnie i ekstrawagancko żółciutkie, najlepiej z palcami zszywanymi od zewnątrz kontrastową nitką. Jeśli masz płaszcz z kieszonką piersiową – jesteś szczęściarzem. To najlepsze (zaraz po dłoniach) miejsce na takie rękawiczki: wkładaj je zawsze pionowo, palcami do góry – niech przechodnie też żółkną – z podziwu i zazdrości. Na pewno w wielu miastach są jeszcze – i dobrze sobie radzą – rzemieślnicy produkujący rękawiczki. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w Warszawie warto odwiedzić kilka zakładów, bo ceny potrafią znacznie się różnić.

 

4. Dobry parasol. Wszyscy mają jednorazówki z logo kontrahenta swojego pracodawcy albo nadrukiem na pamiątkę jakiejś konferencji, na którą szef ich wysłał. To chyba dostateczny powód, żeby twój parasol miał rękojeść z prawdziwego zdarzenia, obciągniętą skórą albo z przyzwoitego drewna. Przed zakupem dowiedz się, gdzie w twojej okolicy naprawiają parasole, bo uszkodzenie od wiatru, to nie kwestia „czy”, a „kiedy”. Pamiętaj też, że złamanie zasad parasolowego BHP na ulicy psuje cały efekt elegancji. Dlatego podpieranie się nim jak laską (kiedy nie pada), choć staroświeckie, nigdy nie wyjdzie z kanonu dobrych praktyk – zabezpiecza ono przed wsadzeniem końcówki parasola w oko Bogu ducha winnego przechodnia.

 

 

 

 

Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu
Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu

5. Okulary przeciwsłoneczne. W pięknym choć pechowym kraju między Bugiem a Odrą słońce wpada zimą późnym przedpołudniem tylko po to, żeby o piętnastej przypomnieć sobie, że ma coś do załatwienia na Maderze. Mamy więc porę roku, kiedy jedyne okulary przeciwsłoneczne, jakie cieszą się wzięciem, to model promowany przez MON na obozy w Afganistanie. Dopóki stosowny minister nie sformuje oddziału hipsterów bojowych, warto zaopatrzyć się w mocno przecenione ray bany albo inne persole. Osobiście, gdybym miał wybierać, czy dopłacić za logo, czy za polaryzację, wybrałbym bez wahania to drugie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że licealiści siedzą w kawiarniach sieciowych w takich samych okularach jak twoje, to model wayfarer Ray Bana dalej jest chyba wzorcem z Sèvres przeciwsłonecznych okularów do miasta. Ponieważ czarny to owoc, a nie kolor, postawiłbym na szylkret, czyli brązową panterkę w dobrym guście.

Zasada Pareta trzymana w szafie

Zostałem ostatnio skonfrontowany z dość wysokim poziomem wiedzy o ubieraniu się: dobór koloru krawata do włosów, a marynarki do karnacji. Jestem trochę przerażony, bo nie znam tych zasad i nie chce mi się ich wkuwać

Na forach, ale na szczęście także poza internetem, można przy odrobinie wysiłku spotkać ludzi, którzy podjęli już swoją „dorosłą” decyzję o przejściu na nowy – moim zdaniem wyższy – poziom ubierania się, a teraz szukają drogi do upragnionego celu. Dobrym pomysłem jest, by robić to z głową i najpierw poczytać coś, choćby na sieci, a dopiero później kupować marynarki i drogie buty. Kiedy jednak zacznie się czytać jedne źródła, a potem weryfikować je u drugich, można pożegnać się z planami zakupowymi, a przywitać – ze schizofrenią.

Zasad jest milion. Jedne mówią o poziomie formalności i dostosowaniu stroju do okazji. Inne – o koordynacji kolorów. Kolejne – o obowiązkach dżentelmena (to musisz mieć koniecznie do pracy, tamto, na spacer po lesie, a jeśli nie spacerujesz, to nazwij „wsią” Łazienki albo cmentarz na Wszystkich Świętych). Bardzo spójny wykład obowiązkowej garderoby dał Macaroni  Tomato, ale i jemu się oberwało: jak można polecić granatowy garnitur osobie o typie karnacji „przedwiośnie” albo „miedź”!?

Miałem ten luksus, że kiedy kupowałem pierwsze marynarki, tego typu rad w polskim internecie zwyczajnie nie było, dzięki czemu w ogóle byłem zdolny coś kupić. Nie były to oczywiście najlepsze inwestycje w tekstylnym świecie, ale gdybym z moją pewnością siebie latał wcześniej sto razy z pytaniem o każdą najmniejszą część garderoby, żeby zbiorowa mądrość oceniła ją należycie, pewnie dalej chodziłbym w bluzach, jak w liceum.

Bo zasad rzeczywiście przez kilkaset lat przechodzenia od cuillotes i kontuszów do jednorzędowego garnituru z krawatem – narosło tysiąc. Jeśli będziesz je próbował wcielać w życie wszystkie i od razu, uwzględniając przy tym realistyczny budżet, sfiksujesz. Na szczęście, jak często w życiu, także i tutaj działa reguła Pareta, która w tym wypadku upomina, że przestrzeganie 20 procent tych zasad odpowiada za 80 proc. efektu. Wystarczy ułożyć te zasady w hierarchię.

A nie jest to ta sama hierarchia, która porządkuje dress code od smokingu z orderami w dół aż do tak codziennych, plebejskich ubrań, jak tweedowa marynarka z chinosami i mokasynami. W moim zestawieniu, myślę, że niezbyt kontrowersyjnym, lista wygląda następująco:

1. Na pierwszym miejscu na pewno dopasowanie. Spójrz w lustro jeszcze raz: jeśli miejsce wszycia rękawów t-shirta masz na wysokości bicepsa, to może powinieneś nosić rozmiar mniejsze? Jeśli twoje jeansy notorycznie strzępią się od tyłu na dole, to nie urok materiału, tylko przesadzona długość. Skoro już przy tym jesteśmy, naprawdę nie ma powodu, żeby rękaw marynarki zasłaniał dłoń i spadał aż do kciuka, jak wierzą wciąż sprzedawczynie w staromodnych sklepach.

2. Z trzech definicji stylu, które zebrał do kupy wielki historyk sztuki Jan Białostocki, najważniejszą jest chyba dopasowanie formy do treści. On nazwał to chyba definicją modalną, ale my nie musimy. Jeśli więc musisz chodzić do pracy w garniturze – nie po raz pierwszy powinieneś czuć się szczęśliwcem: masz łatwo. Jeśli nie musisz – zadbaj, żeby twój casual wyrażał coś poza  „mama nic mi nie wyprasowała, więc na złość jej wyszedłem w piżamie”.

3. Drugą definicją stylu Jana Białostockiego jest „jednolitość jakości artystycznych w obrębie dzieła”. Czy trzeba tu coś dodawać? To nieprawda, że wszystkie buty pasują do dżinsów, jest natomiast prawdą, że złe i brzydkie buty potrafią zepsuć najlepszy garnitur. Prawdą jest też, że gdyby Diabeł z niesmakiem lub bez przekonania ubierał się u Prady, nie zrobiłby większego wrażenia na redakcji Vogue. Noś to, w czym czujesz się dobrze, chociaż niekoniecznie doskonale od pierwszego razu. Pamiętaj o zasadzie hipernadrzędnej: nie tylko whisky jest smakiem nabytym.

Trzy podstawowe zasady i ani słowa o noszeniu jakichś konkretnych ciuchów. No, za wyjątkiem dygresji o garniturowcach, którzy zresztą przecież też się w końcu przebiorą w coś, w czym można wziąć kota na kolana albo postać przy grillu. Oczywiście, te trzy zasady to jeszcze nawet nie 20 procent wszystkich istniejących (wiedziałeś, że kieszonka biletowa z patką obniża formalność marynarki o dwa poziomy, a buty sznurowane na pięć dziurek są bardziej klasyczne od tych na cztery?), ale przyłóż się do ich stosowania, a możesz mieć pewność, że urośniesz o 80 proc. ponad poziom ulicy.

O księgozbieraniu

Kiedy myślimy „męski styl”, pierwsze, co przychodzi do głowy, to szafa albo garderoba. Ale ponieważ styl  to cecha raczej wnętrza człowieka, ex aequo z tymi powyżej będą, odpowiednio – regał albo biblioteka.

To nie jest tak, że nie uważam ubierania się za najfajniejszą z codziennych przyjemności. Myśl, że nie mam tych wszystkich babskich schiz typu „czy nie wyglądam w tym grubo” odpręża mnie i dodaje dystansu, kiedy piętnaście minut wiążę krawat w poszukiwaniu idealnego wyglądu węzła, tego zwornika odzieżowej kompozycji. Ale nawet mimo tego, że od kilku lat mam świra na tym punkcie, gdybym miał wybierać między rozmową z kimś dramatycznie źle ubranym, a kimś koszmarnie nieoczytanym, wybór jest dla mnie jasny. Lepiej uważać bojówki za spodnie do miasta, niż Coelho za wybitnego literata.

Tylko że oczytanie to jedno, a posiadanie księgozbioru to co innego. Pogodziłem się już z tym, że druk w ciągu najbliższych lat stopniowo będzie coraz bardziej prestiżowym, a nie obowiązkowym, wariantem książki. Nawet to rozumiem i rozumie chyba każdy, kto musiał się kilka razy w życiu przeprowadzać razem z biblioteczką: kilka tysięcy książek nieco łatwiej przenieść w kindle’u, prawda? Czy w takim razie pozbawić się kompletnie możliwości ukazania innym zatroskanego oblicza na tle równych szpalerów książek na półkach, niczym mądrzy tego świata na wiekopomnych fotografiach?

Paradoksalnie, dzięki e-bookom, książka z powrotem bardziej stała się ideą, niż obiektem, treść odłączyła się od formy. Łatwiej dzięki temu na plik zadrukowanych kartek spojrzeć jak na zwykłą rzecz i potraktować ją jak zwykły towar konsumpcyjny. Od kilku lat wybieram książki tak, jak bohater Fight Clubu wybiera meble z Ikei: w księgarni odpowiadam sobie na pytanie, czy ten obiekt dobrze określa mnie jako osobę? Czy będzie dobrze reprezentował mnie przed ludźmi, którzy przyjdą w gości?

Jestem pozerem? Jasne. Ale nie chodzi oczywiście o grubość czy odpowiednio pożółkłą barwę papieru, a o tytuł czy tematykę. Ważne jest dla mnie, że pewnych książek po prostu nie mogę nie mieć, choćby wśród moich planów czytelniczych figurowały na bardzo odległym miejscu. Kiedy indziej zaś mam palącą potrzebę przeczytania czegoś, co spokojnie mogę wypożyczyć tak, by nie zostawiło śladu na mojej półce. Tak odróżniam długofalowe miłości od przelotnych fascynacji.

Jedną z największych zalet przedmiotów jest, że mogą nosić na sobie piętno ich właściciela. Dlatego nigdy nie unikam okazji, kiedy mam ochotę podzielić się ze światem jakąś myślą, która narodziła się pod wpływem lektury: bazgrzę ją ołówkiem na marginesie. Czasem pożyczam później takie książki razem z notatkami, które oni dzięki temu mogą później przemyśleć. Ten blog – z zachowaniem wszelkich proporcji – narodził się zresztą z notatek na drugiej stronie okładki książki Dylana Jonesa Jak nosić krawat.

Jeśli uważasz, że potrzebujesz czegoś bardziej dobitnego, niż sama alegoria regału, jest rada i na to: na rynku wydawniczym da się znaleźć pozycje o dobrze świadczących tytułach, jak Przewodnik po kulturze współczesnej dla inteligentnych Rogera Scrutona czy Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego. Problem polega jednak na tym, że Intelektualiści Paula Johnsona wyglądają z tej perspektywy prawie jak Niezbędnik Inteligenta. Lepiej nie iść tą drogą.

Ja osobiście rozwiązałem ten problem raz na zawsze, kupując wybór klasyków myśli ekonomicznej, zatytułowany Prawdziwa cena wszystkiego, o objętości, bagatela, półtora tysiąca stron. Wiecie, czarny napis EVERYTHING pogrubioną czcionką na czerwonym grzbiecie grubości 10 centymetrów – to musi budzić respekt, kiedy ustawisz taką książkę na widoku na honorowej półce w salonie.

Dzięki temu wszystkiemu łatwiej książki wyeksponować, łatwiej zatem nawiązać o nich rozmowę podczas imprezy, kiedy dyskusja trochę gaśnie, niż na przykład o kolekcji krawatów, skrywanej w szafie. Poza tym, dyskusje o książkach są unisex. O krawatach możesz rozmawiać tylko z mężczyznami. One nie zrozumieją.

O znajomości węzłów

Niektórzy twierdzą, że można znać tylko dwa węzły krawata. To, jak w starym kawale o Radiu Erewań, prawda, ale częściowo.

Moja biblioteczka książek poświęconych męskiej elegancji, stylowi i tzw. sztuce życia nie jest bogata i nie rozwijam jej jakoś szczególnie, żeby nie mylić teorii z praktyką. Jeszcze mniej z niej zostanie, jeśli odrzucę pozycje, które kupiłem przez przypadek i teraz się wstydzę. Może zresztą zaszczycę je kiedyś osobną notką. W obejmującej klika pozycji kolekcji tych, które naprawdę sobie cenię, jest 85 sposobów wiązania krawata Thomasa Finka i Yonga Mao. Długo jej nie używałem.

Książka naukowo udowadnia, że dokładnie tyle węzłów wyczerpuje listę tego, co można zrobić z krawatem, nie licząc może krępowania koleżanek i wiązania go sobie na czole podczas zakrapianych imprez integracyjnych w korpo. Jednak inne źródła nienaukowo przekonują, że cała ta prawda jest funta kłaków warta: potrzebujesz znać four-in-hand – najprostszy węzeł, asymetryczny i nieco „artystyczny” oraz coś uporządkowanego, symetrycznego i nie za dużego, słowem – półwindsor.

Nawiasem mówiąc, siłą książki Finka i Mao, w porównaniu do innych krawaciarskich tytułów jest fakt, że nawet stosując całe życie te dwa (lub dowolne inne dwa, a nawet jeden) węzeł, po przeczytaniu akurat ich książki nie masz poczucia straty czasu i pieniędzy. Nie żałowałem więc, ale codziennie wiążąc pod szyją ulubiony four-in-hand miałem poczucie jakiejś dziwnej pustki.

Zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, kiedy odkryłem, że jeden z moich ulubionych krawatów – szary wełniany oscar jacobson z wełny Loro Piana – jeszcze nigdy nie leżał tak, jak powinien. Mój ukochany zwis męski, o zupełnie normalnej szerokości ok. 8 centymetrów w swym najszerszym miejscu, zwęża się ku górze tak gwałtownie, że na wysokości, na której go wiążę, ma ich zaledwie dwa czy trzy. Węzeł wielkości piąstki noworodka nigdy nie będzie wyglądał dobrze, a obowiązkowa łezka, czyli fałdka materiału pod węzłem, przy tej mięsistości wełny daje wrażenie przypadkowego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) marszczenia. Przeprowadzone niedawno eksperymenty wykazały, że four-in-hand niestety nie zdaje egzaminu, za to jego pogrubiony kuzyn, victoria, zbliża mnie nieco do ideału. Do testów zatrudniłem podręcznik Finka i Mao, bo do tej pory żadnym katalogiem węzłów nie zaprzątałem sobie głowy.

Ostatecznie, chociaż z efektów dalej nie jestem w stu procentach zadowolony, mogę ogłosić swoją reedukację: dwa węzły w zupełności wystarczą na całe życie, pod warunkiem, że twoja kolekcja krawatów była tworzona z myślą właśnie o tych dwóch. W przeciwnym razie czuj się skazany na poszukiwania. Dobry przewodnik będzie w nich niezwykle przydatny.