O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.

Pięć najważniejszych dodatków

Tak to się już ponuro w życiu składa, że goniąc za rzeczami wielkimi czasem zapominamy o małych, które dają wielki efekt. Oto pięć dodatków, które nadają znaczenie słowu „styl”, nie opróżniając przy tym portfela. Może posłużyć jako lista obecności, zastosowana do własnej szafy, albo lista prezentów choinkowych dla eleganckich krewnych i znajomych.

 

Wiem, zdjęcie Bonda jako ilustracja to ograny numer. Ale taki Robert Kozyra nie byłby ani trochę lepszy

1. Poszetka jest oczywiście na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że, jak twierdzą uparci, należę do subkultury, która poszetką wyraża swoją tożsamość. Chodzi raczej o to, że chusteczka w kieszonce marynarki jest czytelnym sygnałem noszenia tej ostatniej dobrowolnie, z dumą i na luzie. Jeśli masz mieć tylko jedną chusteczkę do brutaszy i używać jej codziennie przez całe życie – nie jest to błąd, o ile jest ona biała. Z białą poszetką nie można źle trafić i choćbyś miał tysiąc krawatów, będzie pasowała do każdego. W internecie znajdziesz setki sposobów składania poszetki – wybierz dowolny, pod warunkiem, że stosuje się do niego słowo „nonszalancko”.

 

 

 

 

 

Jeśli Tom Ford nie wstydził się dawać swojemu bohaterowi spinki do krawata – ty też nie musisz

2. Spinka do krawata. Natknąłem się nie raz na porady z gatunku savoir vivre’u, i chociaż nie mam o nim zbyt wielkiej i usystematyzowanej wiedzy, to potrafię rozpoznać idiotyczną regułę, kiedy ją czytam. O spince do krawata dowiedziałem się, kolejno: że to wymysł Jankesów, na tyle głupich, że krawat tonie im w zupie; że przystoi, i owszem, ale tylko kelnerom; a ostatnio, że to biżuteria na tyle elegancka, że pasuje tylko do stroju formalnego. Cóż, nie wiem, jak wam, ale mi krawat rzadko sprawia problem w trzymaniu kieliszka czy odkrawaniu kęsów kaczki. Spinka może być natomiast nieocenionym sprzymierzeńcem na co dzień, w domu czy w pracy, gdzie (serio!) może się zdarzyć, że zdejmiesz marynarkę, a niesforny zwis męski będzie bezwzględnie dążył do zachowania pionu niezależnie od tego, co robisz. Nonszalancja, jak zawsze, jest ważna, ale tutaj postawiłbym na słowo „prostota”.

 

 

 

 

 

Laurence Fellows wiedział, że irchowe rękawiczki to szczyt lansu, a parasol zagrażający przechodniom – niekoniecznie

3. Irchowe rękawiczki. Klimat w Polsce sprawia, że konieczne są przynajmniej dwie pary rękawiczek – jedna z ociepleniem, druga bez. Granatowym garniturem wśród rękawiczek są te z jeleniej irchy, przyjemnie i ekstrawagancko żółciutkie, najlepiej z palcami zszywanymi od zewnątrz kontrastową nitką. Jeśli masz płaszcz z kieszonką piersiową – jesteś szczęściarzem. To najlepsze (zaraz po dłoniach) miejsce na takie rękawiczki: wkładaj je zawsze pionowo, palcami do góry – niech przechodnie też żółkną – z podziwu i zazdrości. Na pewno w wielu miastach są jeszcze – i dobrze sobie radzą – rzemieślnicy produkujący rękawiczki. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w Warszawie warto odwiedzić kilka zakładów, bo ceny potrafią znacznie się różnić.

 

4. Dobry parasol. Wszyscy mają jednorazówki z logo kontrahenta swojego pracodawcy albo nadrukiem na pamiątkę jakiejś konferencji, na którą szef ich wysłał. To chyba dostateczny powód, żeby twój parasol miał rękojeść z prawdziwego zdarzenia, obciągniętą skórą albo z przyzwoitego drewna. Przed zakupem dowiedz się, gdzie w twojej okolicy naprawiają parasole, bo uszkodzenie od wiatru, to nie kwestia „czy”, a „kiedy”. Pamiętaj też, że złamanie zasad parasolowego BHP na ulicy psuje cały efekt elegancji. Dlatego podpieranie się nim jak laską (kiedy nie pada), choć staroświeckie, nigdy nie wyjdzie z kanonu dobrych praktyk – zabezpiecza ono przed wsadzeniem końcówki parasola w oko Bogu ducha winnego przechodnia.

 

 

 

 

Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu
Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu

5. Okulary przeciwsłoneczne. W pięknym choć pechowym kraju między Bugiem a Odrą słońce wpada zimą późnym przedpołudniem tylko po to, żeby o piętnastej przypomnieć sobie, że ma coś do załatwienia na Maderze. Mamy więc porę roku, kiedy jedyne okulary przeciwsłoneczne, jakie cieszą się wzięciem, to model promowany przez MON na obozy w Afganistanie. Dopóki stosowny minister nie sformuje oddziału hipsterów bojowych, warto zaopatrzyć się w mocno przecenione ray bany albo inne persole. Osobiście, gdybym miał wybierać, czy dopłacić za logo, czy za polaryzację, wybrałbym bez wahania to drugie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że licealiści siedzą w kawiarniach sieciowych w takich samych okularach jak twoje, to model wayfarer Ray Bana dalej jest chyba wzorcem z Sèvres przeciwsłonecznych okularów do miasta. Ponieważ czarny to owoc, a nie kolor, postawiłbym na szylkret, czyli brązową panterkę w dobrym guście.

Zasada Pareta trzymana w szafie

Zostałem ostatnio skonfrontowany z dość wysokim poziomem wiedzy o ubieraniu się: dobór koloru krawata do włosów, a marynarki do karnacji. Jestem trochę przerażony, bo nie znam tych zasad i nie chce mi się ich wkuwać

Na forach, ale na szczęście także poza internetem, można przy odrobinie wysiłku spotkać ludzi, którzy podjęli już swoją „dorosłą” decyzję o przejściu na nowy – moim zdaniem wyższy – poziom ubierania się, a teraz szukają drogi do upragnionego celu. Dobrym pomysłem jest, by robić to z głową i najpierw poczytać coś, choćby na sieci, a dopiero później kupować marynarki i drogie buty. Kiedy jednak zacznie się czytać jedne źródła, a potem weryfikować je u drugich, można pożegnać się z planami zakupowymi, a przywitać – ze schizofrenią.

Zasad jest milion. Jedne mówią o poziomie formalności i dostosowaniu stroju do okazji. Inne – o koordynacji kolorów. Kolejne – o obowiązkach dżentelmena (to musisz mieć koniecznie do pracy, tamto, na spacer po lesie, a jeśli nie spacerujesz, to nazwij „wsią” Łazienki albo cmentarz na Wszystkich Świętych). Bardzo spójny wykład obowiązkowej garderoby dał Macaroni  Tomato, ale i jemu się oberwało: jak można polecić granatowy garnitur osobie o typie karnacji „przedwiośnie” albo „miedź”!?

Miałem ten luksus, że kiedy kupowałem pierwsze marynarki, tego typu rad w polskim internecie zwyczajnie nie było, dzięki czemu w ogóle byłem zdolny coś kupić. Nie były to oczywiście najlepsze inwestycje w tekstylnym świecie, ale gdybym z moją pewnością siebie latał wcześniej sto razy z pytaniem o każdą najmniejszą część garderoby, żeby zbiorowa mądrość oceniła ją należycie, pewnie dalej chodziłbym w bluzach, jak w liceum.

Bo zasad rzeczywiście przez kilkaset lat przechodzenia od cuillotes i kontuszów do jednorzędowego garnituru z krawatem – narosło tysiąc. Jeśli będziesz je próbował wcielać w życie wszystkie i od razu, uwzględniając przy tym realistyczny budżet, sfiksujesz. Na szczęście, jak często w życiu, także i tutaj działa reguła Pareta, która w tym wypadku upomina, że przestrzeganie 20 procent tych zasad odpowiada za 80 proc. efektu. Wystarczy ułożyć te zasady w hierarchię.

A nie jest to ta sama hierarchia, która porządkuje dress code od smokingu z orderami w dół aż do tak codziennych, plebejskich ubrań, jak tweedowa marynarka z chinosami i mokasynami. W moim zestawieniu, myślę, że niezbyt kontrowersyjnym, lista wygląda następująco:

1. Na pierwszym miejscu na pewno dopasowanie. Spójrz w lustro jeszcze raz: jeśli miejsce wszycia rękawów t-shirta masz na wysokości bicepsa, to może powinieneś nosić rozmiar mniejsze? Jeśli twoje jeansy notorycznie strzępią się od tyłu na dole, to nie urok materiału, tylko przesadzona długość. Skoro już przy tym jesteśmy, naprawdę nie ma powodu, żeby rękaw marynarki zasłaniał dłoń i spadał aż do kciuka, jak wierzą wciąż sprzedawczynie w staromodnych sklepach.

2. Z trzech definicji stylu, które zebrał do kupy wielki historyk sztuki Jan Białostocki, najważniejszą jest chyba dopasowanie formy do treści. On nazwał to chyba definicją modalną, ale my nie musimy. Jeśli więc musisz chodzić do pracy w garniturze – nie po raz pierwszy powinieneś czuć się szczęśliwcem: masz łatwo. Jeśli nie musisz – zadbaj, żeby twój casual wyrażał coś poza  „mama nic mi nie wyprasowała, więc na złość jej wyszedłem w piżamie”.

3. Drugą definicją stylu Jana Białostockiego jest „jednolitość jakości artystycznych w obrębie dzieła”. Czy trzeba tu coś dodawać? To nieprawda, że wszystkie buty pasują do dżinsów, jest natomiast prawdą, że złe i brzydkie buty potrafią zepsuć najlepszy garnitur. Prawdą jest też, że gdyby Diabeł z niesmakiem lub bez przekonania ubierał się u Prady, nie zrobiłby większego wrażenia na redakcji Vogue. Noś to, w czym czujesz się dobrze, chociaż niekoniecznie doskonale od pierwszego razu. Pamiętaj o zasadzie hipernadrzędnej: nie tylko whisky jest smakiem nabytym.

Trzy podstawowe zasady i ani słowa o noszeniu jakichś konkretnych ciuchów. No, za wyjątkiem dygresji o garniturowcach, którzy zresztą przecież też się w końcu przebiorą w coś, w czym można wziąć kota na kolana albo postać przy grillu. Oczywiście, te trzy zasady to jeszcze nawet nie 20 procent wszystkich istniejących (wiedziałeś, że kieszonka biletowa z patką obniża formalność marynarki o dwa poziomy, a buty sznurowane na pięć dziurek są bardziej klasyczne od tych na cztery?), ale przyłóż się do ich stosowania, a możesz mieć pewność, że urośniesz o 80 proc. ponad poziom ulicy.

O księgozbieraniu

Kiedy myślimy „męski styl”, pierwsze, co przychodzi do głowy, to szafa albo garderoba. Ale ponieważ styl  to cecha raczej wnętrza człowieka, ex aequo z tymi powyżej będą, odpowiednio – regał albo biblioteka.

To nie jest tak, że nie uważam ubierania się za najfajniejszą z codziennych przyjemności. Myśl, że nie mam tych wszystkich babskich schiz typu „czy nie wyglądam w tym grubo” odpręża mnie i dodaje dystansu, kiedy piętnaście minut wiążę krawat w poszukiwaniu idealnego wyglądu węzła, tego zwornika odzieżowej kompozycji. Ale nawet mimo tego, że od kilku lat mam świra na tym punkcie, gdybym miał wybierać między rozmową z kimś dramatycznie źle ubranym, a kimś koszmarnie nieoczytanym, wybór jest dla mnie jasny. Lepiej uważać bojówki za spodnie do miasta, niż Coelho za wybitnego literata.

Tylko że oczytanie to jedno, a posiadanie księgozbioru to co innego. Pogodziłem się już z tym, że druk w ciągu najbliższych lat stopniowo będzie coraz bardziej prestiżowym, a nie obowiązkowym, wariantem książki. Nawet to rozumiem i rozumie chyba każdy, kto musiał się kilka razy w życiu przeprowadzać razem z biblioteczką: kilka tysięcy książek nieco łatwiej przenieść w kindle’u, prawda? Czy w takim razie pozbawić się kompletnie możliwości ukazania innym zatroskanego oblicza na tle równych szpalerów książek na półkach, niczym mądrzy tego świata na wiekopomnych fotografiach?

Paradoksalnie, dzięki e-bookom, książka z powrotem bardziej stała się ideą, niż obiektem, treść odłączyła się od formy. Łatwiej dzięki temu na plik zadrukowanych kartek spojrzeć jak na zwykłą rzecz i potraktować ją jak zwykły towar konsumpcyjny. Od kilku lat wybieram książki tak, jak bohater Fight Clubu wybiera meble z Ikei: w księgarni odpowiadam sobie na pytanie, czy ten obiekt dobrze określa mnie jako osobę? Czy będzie dobrze reprezentował mnie przed ludźmi, którzy przyjdą w gości?

Jestem pozerem? Jasne. Ale nie chodzi oczywiście o grubość czy odpowiednio pożółkłą barwę papieru, a o tytuł czy tematykę. Ważne jest dla mnie, że pewnych książek po prostu nie mogę nie mieć, choćby wśród moich planów czytelniczych figurowały na bardzo odległym miejscu. Kiedy indziej zaś mam palącą potrzebę przeczytania czegoś, co spokojnie mogę wypożyczyć tak, by nie zostawiło śladu na mojej półce. Tak odróżniam długofalowe miłości od przelotnych fascynacji.

Jedną z największych zalet przedmiotów jest, że mogą nosić na sobie piętno ich właściciela. Dlatego nigdy nie unikam okazji, kiedy mam ochotę podzielić się ze światem jakąś myślą, która narodziła się pod wpływem lektury: bazgrzę ją ołówkiem na marginesie. Czasem pożyczam później takie książki razem z notatkami, które oni dzięki temu mogą później przemyśleć. Ten blog – z zachowaniem wszelkich proporcji – narodził się zresztą z notatek na drugiej stronie okładki książki Dylana Jonesa Jak nosić krawat.

Jeśli uważasz, że potrzebujesz czegoś bardziej dobitnego, niż sama alegoria regału, jest rada i na to: na rynku wydawniczym da się znaleźć pozycje o dobrze świadczących tytułach, jak Przewodnik po kulturze współczesnej dla inteligentnych Rogera Scrutona czy Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego. Problem polega jednak na tym, że Intelektualiści Paula Johnsona wyglądają z tej perspektywy prawie jak Niezbędnik Inteligenta. Lepiej nie iść tą drogą.

Ja osobiście rozwiązałem ten problem raz na zawsze, kupując wybór klasyków myśli ekonomicznej, zatytułowany Prawdziwa cena wszystkiego, o objętości, bagatela, półtora tysiąca stron. Wiecie, czarny napis EVERYTHING pogrubioną czcionką na czerwonym grzbiecie grubości 10 centymetrów – to musi budzić respekt, kiedy ustawisz taką książkę na widoku na honorowej półce w salonie.

Dzięki temu wszystkiemu łatwiej książki wyeksponować, łatwiej zatem nawiązać o nich rozmowę podczas imprezy, kiedy dyskusja trochę gaśnie, niż na przykład o kolekcji krawatów, skrywanej w szafie. Poza tym, dyskusje o książkach są unisex. O krawatach możesz rozmawiać tylko z mężczyznami. One nie zrozumieją.

O znajomości węzłów

Niektórzy twierdzą, że można znać tylko dwa węzły krawata. To, jak w starym kawale o Radiu Erewań, prawda, ale częściowo.

Moja biblioteczka książek poświęconych męskiej elegancji, stylowi i tzw. sztuce życia nie jest bogata i nie rozwijam jej jakoś szczególnie, żeby nie mylić teorii z praktyką. Jeszcze mniej z niej zostanie, jeśli odrzucę pozycje, które kupiłem przez przypadek i teraz się wstydzę. Może zresztą zaszczycę je kiedyś osobną notką. W obejmującej klika pozycji kolekcji tych, które naprawdę sobie cenię, jest 85 sposobów wiązania krawata Thomasa Finka i Yonga Mao. Długo jej nie używałem.

Książka naukowo udowadnia, że dokładnie tyle węzłów wyczerpuje listę tego, co można zrobić z krawatem, nie licząc może krępowania koleżanek i wiązania go sobie na czole podczas zakrapianych imprez integracyjnych w korpo. Jednak inne źródła nienaukowo przekonują, że cała ta prawda jest funta kłaków warta: potrzebujesz znać four-in-hand – najprostszy węzeł, asymetryczny i nieco „artystyczny” oraz coś uporządkowanego, symetrycznego i nie za dużego, słowem – półwindsor.

Nawiasem mówiąc, siłą książki Finka i Mao, w porównaniu do innych krawaciarskich tytułów jest fakt, że nawet stosując całe życie te dwa (lub dowolne inne dwa, a nawet jeden) węzeł, po przeczytaniu akurat ich książki nie masz poczucia straty czasu i pieniędzy. Nie żałowałem więc, ale codziennie wiążąc pod szyją ulubiony four-in-hand miałem poczucie jakiejś dziwnej pustki.

Zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, kiedy odkryłem, że jeden z moich ulubionych krawatów – szary wełniany oscar jacobson z wełny Loro Piana – jeszcze nigdy nie leżał tak, jak powinien. Mój ukochany zwis męski, o zupełnie normalnej szerokości ok. 8 centymetrów w swym najszerszym miejscu, zwęża się ku górze tak gwałtownie, że na wysokości, na której go wiążę, ma ich zaledwie dwa czy trzy. Węzeł wielkości piąstki noworodka nigdy nie będzie wyglądał dobrze, a obowiązkowa łezka, czyli fałdka materiału pod węzłem, przy tej mięsistości wełny daje wrażenie przypadkowego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) marszczenia. Przeprowadzone niedawno eksperymenty wykazały, że four-in-hand niestety nie zdaje egzaminu, za to jego pogrubiony kuzyn, victoria, zbliża mnie nieco do ideału. Do testów zatrudniłem podręcznik Finka i Mao, bo do tej pory żadnym katalogiem węzłów nie zaprzątałem sobie głowy.

Ostatecznie, chociaż z efektów dalej nie jestem w stu procentach zadowolony, mogę ogłosić swoją reedukację: dwa węzły w zupełności wystarczą na całe życie, pod warunkiem, że twoja kolekcja krawatów była tworzona z myślą właśnie o tych dwóch. W przeciwnym razie czuj się skazany na poszukiwania. Dobry przewodnik będzie w nich niezwykle przydatny.

O pożytkach z dorosłości

„Cześć mała, masz chłopaka? Tak? A mogłabyś mieć mężczyznę”. To najlepszy z tekstów na podryw, jakie znam i często go stosuję.

Powiem od razu: nie sprawdzałem, czy działa, bo jako mężczyzna żonaty, nie mam na tym polu gigantycznych ambicji. Ale chyba byłby dobrym początkiem znajomości: jest dowcipny, zaskakujący i intrygujący. Jeśli masz taką potrzebę, sam wypróbujesz. Pamiętaj tylko o jednym: one lubią mówić „sprawdzam”, a kiedy już to się stanie, nie ma przestrzeni na blef. Dlatego rzeczywiście warto wyglądać i zachowywać się jak dorosły.

To oczywiście świetna wiadomość: kiedy tylko zechcesz się przekonać, że przyzwoita marynarka nie jest ani trochę mniej komfortowa, niż bluza z kapturem, wyprzedzisz o dwie długości boiska szary ogół gości w średnim wieku, którym garnitur kojarzy się ze smutnym obowiązkiem uniformizacji dwa razy do roku.

Przyznałem się, że rzadko podrywam dziewczyny, ale o sile wyglądania jak mężczyzna przekonałem się osobiście. Miałem wtedy dwanaście lat i w najlepsze trwała moja nieszczęsna kariera harcerska (cztery lata „w strukturach” w ogóle przekonały mnie do uniformizacji, nie ja jeden zresztą chyba tak mam). Któregoś razu nasza drużyna zorganizowała wieczornicę z okazji dnia kobiet, które w drużynie mieliśmy, ale profilaktycznie trzymaliśmy je w oddzielnym zastępie. Ustalone zostało, że ubierzemy się jakoś tak bardziej elegancko.

Nie wiem, skąd tego wieczoru wytrzasnąłem dorosłą marynarkę. Być może należała do mojego wiele starszego brata, który zdawał w niej maturę. Szary tweed w jodełkę, bardzo przyzwoita i chyba nie tak znowu za duża. Założyłem do niej jakąś koszulę i tak, odstawiony jak stróż w Boże Ciało, wyruszyłem przedstawiać program artystyczny. Prawdopodobnie wyglądałem – według moich dzisiejszych standardów – raczej kiepsko, w każdym razie mój syn w tym wieku będzie miał lepszy gust i większy wybór – już moja w tym głowa.

Na samej imprezie nie usłyszałem chyba żadnego komplementu, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie miałem żadnych oczekiwań, które mógłbym zawieść. Po raz pierwszy o tym, że jestem „eleganckim mężczyzną”, dowiedziałem się… od matek koleżanek, kiedy jakoś tam się zdarzyło takową spotkać. Wieść o mojej marynarkowej prezencji dotarła pod strzechy, tam zatoczyła krąg i wróciła do mnie jak bumerang. Mój strój koleżanki zreferowały rodzicom, innym koleżankom, samemu mi nie mówiąc słowa, że doceniają. I po co? Faceci nie są po to, żeby by być komplementowanymi, ale po to, żeby komplementować. To zasady gry.

Ta myśl naszła mnie po latach, zupełnie z zaskoczenia, kiedy na kawie w korpie rozmawiałem z koleżankami z pracy. – Gdybym był zamożnym rentierem – powiedziałem – założyłbym prywatne muzeum.

– Pewnie muzeum butów – odpowiedziała moja przyjaciółka.

Odpowiedź co najmniej dziwna. Mam butów raptem z piętnaście par, chyba żadne nigdy nie stały się przedmiotem komplementu czy dyskusji na forum biurowym. Ale kobiety… one po prostu to widzą. I przekonały mnie: buty to świetna inwestycja w pijar. Jeśli będziesz inwestował mądrze i wytrwale, teksty na podryw nie będą ci w ogóle potrzebne. Po prostu ubieraj się jak dorosły, a kiedyś na pewno usłyszysz: „Masz kobietę? A mógłbyś mieć dziewczynę”.