O księgozbieraniu

Kiedy myślimy „męski styl”, pierwsze, co przychodzi do głowy, to szafa albo garderoba. Ale ponieważ styl  to cecha raczej wnętrza człowieka, ex aequo z tymi powyżej będą, odpowiednio – regał albo biblioteka.

To nie jest tak, że nie uważam ubierania się za najfajniejszą z codziennych przyjemności. Myśl, że nie mam tych wszystkich babskich schiz typu „czy nie wyglądam w tym grubo” odpręża mnie i dodaje dystansu, kiedy piętnaście minut wiążę krawat w poszukiwaniu idealnego wyglądu węzła, tego zwornika odzieżowej kompozycji. Ale nawet mimo tego, że od kilku lat mam świra na tym punkcie, gdybym miał wybierać między rozmową z kimś dramatycznie źle ubranym, a kimś koszmarnie nieoczytanym, wybór jest dla mnie jasny. Lepiej uważać bojówki za spodnie do miasta, niż Coelho za wybitnego literata.

Tylko że oczytanie to jedno, a posiadanie księgozbioru to co innego. Pogodziłem się już z tym, że druk w ciągu najbliższych lat stopniowo będzie coraz bardziej prestiżowym, a nie obowiązkowym, wariantem książki. Nawet to rozumiem i rozumie chyba każdy, kto musiał się kilka razy w życiu przeprowadzać razem z biblioteczką: kilka tysięcy książek nieco łatwiej przenieść w kindle’u, prawda? Czy w takim razie pozbawić się kompletnie możliwości ukazania innym zatroskanego oblicza na tle równych szpalerów książek na półkach, niczym mądrzy tego świata na wiekopomnych fotografiach?

Paradoksalnie, dzięki e-bookom, książka z powrotem bardziej stała się ideą, niż obiektem, treść odłączyła się od formy. Łatwiej dzięki temu na plik zadrukowanych kartek spojrzeć jak na zwykłą rzecz i potraktować ją jak zwykły towar konsumpcyjny. Od kilku lat wybieram książki tak, jak bohater Fight Clubu wybiera meble z Ikei: w księgarni odpowiadam sobie na pytanie, czy ten obiekt dobrze określa mnie jako osobę? Czy będzie dobrze reprezentował mnie przed ludźmi, którzy przyjdą w gości?

Jestem pozerem? Jasne. Ale nie chodzi oczywiście o grubość czy odpowiednio pożółkłą barwę papieru, a o tytuł czy tematykę. Ważne jest dla mnie, że pewnych książek po prostu nie mogę nie mieć, choćby wśród moich planów czytelniczych figurowały na bardzo odległym miejscu. Kiedy indziej zaś mam palącą potrzebę przeczytania czegoś, co spokojnie mogę wypożyczyć tak, by nie zostawiło śladu na mojej półce. Tak odróżniam długofalowe miłości od przelotnych fascynacji.

Jedną z największych zalet przedmiotów jest, że mogą nosić na sobie piętno ich właściciela. Dlatego nigdy nie unikam okazji, kiedy mam ochotę podzielić się ze światem jakąś myślą, która narodziła się pod wpływem lektury: bazgrzę ją ołówkiem na marginesie. Czasem pożyczam później takie książki razem z notatkami, które oni dzięki temu mogą później przemyśleć. Ten blog – z zachowaniem wszelkich proporcji – narodził się zresztą z notatek na drugiej stronie okładki książki Dylana Jonesa Jak nosić krawat.

Jeśli uważasz, że potrzebujesz czegoś bardziej dobitnego, niż sama alegoria regału, jest rada i na to: na rynku wydawniczym da się znaleźć pozycje o dobrze świadczących tytułach, jak Przewodnik po kulturze współczesnej dla inteligentnych Rogera Scrutona czy Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego. Problem polega jednak na tym, że Intelektualiści Paula Johnsona wyglądają z tej perspektywy prawie jak Niezbędnik Inteligenta. Lepiej nie iść tą drogą.

Ja osobiście rozwiązałem ten problem raz na zawsze, kupując wybór klasyków myśli ekonomicznej, zatytułowany Prawdziwa cena wszystkiego, o objętości, bagatela, półtora tysiąca stron. Wiecie, czarny napis EVERYTHING pogrubioną czcionką na czerwonym grzbiecie grubości 10 centymetrów – to musi budzić respekt, kiedy ustawisz taką książkę na widoku na honorowej półce w salonie.

Dzięki temu wszystkiemu łatwiej książki wyeksponować, łatwiej zatem nawiązać o nich rozmowę podczas imprezy, kiedy dyskusja trochę gaśnie, niż na przykład o kolekcji krawatów, skrywanej w szafie. Poza tym, dyskusje o książkach są unisex. O krawatach możesz rozmawiać tylko z mężczyznami. One nie zrozumieją.

O znajomości węzłów

Niektórzy twierdzą, że można znać tylko dwa węzły krawata. To, jak w starym kawale o Radiu Erewań, prawda, ale częściowo.

Moja biblioteczka książek poświęconych męskiej elegancji, stylowi i tzw. sztuce życia nie jest bogata i nie rozwijam jej jakoś szczególnie, żeby nie mylić teorii z praktyką. Jeszcze mniej z niej zostanie, jeśli odrzucę pozycje, które kupiłem przez przypadek i teraz się wstydzę. Może zresztą zaszczycę je kiedyś osobną notką. W obejmującej klika pozycji kolekcji tych, które naprawdę sobie cenię, jest 85 sposobów wiązania krawata Thomasa Finka i Yonga Mao. Długo jej nie używałem.

Książka naukowo udowadnia, że dokładnie tyle węzłów wyczerpuje listę tego, co można zrobić z krawatem, nie licząc może krępowania koleżanek i wiązania go sobie na czole podczas zakrapianych imprez integracyjnych w korpo. Jednak inne źródła nienaukowo przekonują, że cała ta prawda jest funta kłaków warta: potrzebujesz znać four-in-hand – najprostszy węzeł, asymetryczny i nieco „artystyczny” oraz coś uporządkowanego, symetrycznego i nie za dużego, słowem – półwindsor.

Nawiasem mówiąc, siłą książki Finka i Mao, w porównaniu do innych krawaciarskich tytułów jest fakt, że nawet stosując całe życie te dwa (lub dowolne inne dwa, a nawet jeden) węzeł, po przeczytaniu akurat ich książki nie masz poczucia straty czasu i pieniędzy. Nie żałowałem więc, ale codziennie wiążąc pod szyją ulubiony four-in-hand miałem poczucie jakiejś dziwnej pustki.

Zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, kiedy odkryłem, że jeden z moich ulubionych krawatów – szary wełniany oscar jacobson z wełny Loro Piana – jeszcze nigdy nie leżał tak, jak powinien. Mój ukochany zwis męski, o zupełnie normalnej szerokości ok. 8 centymetrów w swym najszerszym miejscu, zwęża się ku górze tak gwałtownie, że na wysokości, na której go wiążę, ma ich zaledwie dwa czy trzy. Węzeł wielkości piąstki noworodka nigdy nie będzie wyglądał dobrze, a obowiązkowa łezka, czyli fałdka materiału pod węzłem, przy tej mięsistości wełny daje wrażenie przypadkowego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) marszczenia. Przeprowadzone niedawno eksperymenty wykazały, że four-in-hand niestety nie zdaje egzaminu, za to jego pogrubiony kuzyn, victoria, zbliża mnie nieco do ideału. Do testów zatrudniłem podręcznik Finka i Mao, bo do tej pory żadnym katalogiem węzłów nie zaprzątałem sobie głowy.

Ostatecznie, chociaż z efektów dalej nie jestem w stu procentach zadowolony, mogę ogłosić swoją reedukację: dwa węzły w zupełności wystarczą na całe życie, pod warunkiem, że twoja kolekcja krawatów była tworzona z myślą właśnie o tych dwóch. W przeciwnym razie czuj się skazany na poszukiwania. Dobry przewodnik będzie w nich niezwykle przydatny.

O pożytkach z dorosłości

„Cześć mała, masz chłopaka? Tak? A mogłabyś mieć mężczyznę”. To najlepszy z tekstów na podryw, jakie znam i często go stosuję.

Powiem od razu: nie sprawdzałem, czy działa, bo jako mężczyzna żonaty, nie mam na tym polu gigantycznych ambicji. Ale chyba byłby dobrym początkiem znajomości: jest dowcipny, zaskakujący i intrygujący. Jeśli masz taką potrzebę, sam wypróbujesz. Pamiętaj tylko o jednym: one lubią mówić „sprawdzam”, a kiedy już to się stanie, nie ma przestrzeni na blef. Dlatego rzeczywiście warto wyglądać i zachowywać się jak dorosły.

To oczywiście świetna wiadomość: kiedy tylko zechcesz się przekonać, że przyzwoita marynarka nie jest ani trochę mniej komfortowa, niż bluza z kapturem, wyprzedzisz o dwie długości boiska szary ogół gości w średnim wieku, którym garnitur kojarzy się ze smutnym obowiązkiem uniformizacji dwa razy do roku.

Przyznałem się, że rzadko podrywam dziewczyny, ale o sile wyglądania jak mężczyzna przekonałem się osobiście. Miałem wtedy dwanaście lat i w najlepsze trwała moja nieszczęsna kariera harcerska (cztery lata „w strukturach” w ogóle przekonały mnie do uniformizacji, nie ja jeden zresztą chyba tak mam). Któregoś razu nasza drużyna zorganizowała wieczornicę z okazji dnia kobiet, które w drużynie mieliśmy, ale profilaktycznie trzymaliśmy je w oddzielnym zastępie. Ustalone zostało, że ubierzemy się jakoś tak bardziej elegancko.

Nie wiem, skąd tego wieczoru wytrzasnąłem dorosłą marynarkę. Być może należała do mojego wiele starszego brata, który zdawał w niej maturę. Szary tweed w jodełkę, bardzo przyzwoita i chyba nie tak znowu za duża. Założyłem do niej jakąś koszulę i tak, odstawiony jak stróż w Boże Ciało, wyruszyłem przedstawiać program artystyczny. Prawdopodobnie wyglądałem – według moich dzisiejszych standardów – raczej kiepsko, w każdym razie mój syn w tym wieku będzie miał lepszy gust i większy wybór – już moja w tym głowa.

Na samej imprezie nie usłyszałem chyba żadnego komplementu, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie miałem żadnych oczekiwań, które mógłbym zawieść. Po raz pierwszy o tym, że jestem „eleganckim mężczyzną”, dowiedziałem się… od matek koleżanek, kiedy jakoś tam się zdarzyło takową spotkać. Wieść o mojej marynarkowej prezencji dotarła pod strzechy, tam zatoczyła krąg i wróciła do mnie jak bumerang. Mój strój koleżanki zreferowały rodzicom, innym koleżankom, samemu mi nie mówiąc słowa, że doceniają. I po co? Faceci nie są po to, żeby by być komplementowanymi, ale po to, żeby komplementować. To zasady gry.

Ta myśl naszła mnie po latach, zupełnie z zaskoczenia, kiedy na kawie w korpie rozmawiałem z koleżankami z pracy. – Gdybym był zamożnym rentierem – powiedziałem – założyłbym prywatne muzeum.

– Pewnie muzeum butów – odpowiedziała moja przyjaciółka.

Odpowiedź co najmniej dziwna. Mam butów raptem z piętnaście par, chyba żadne nigdy nie stały się przedmiotem komplementu czy dyskusji na forum biurowym. Ale kobiety… one po prostu to widzą. I przekonały mnie: buty to świetna inwestycja w pijar. Jeśli będziesz inwestował mądrze i wytrwale, teksty na podryw nie będą ci w ogóle potrzebne. Po prostu ubieraj się jak dorosły, a kiedyś na pewno usłyszysz: „Masz kobietę? A mógłbyś mieć dziewczynę”.