O (nie)byciu dżentelmenem

Walka klasowa zaostrza się w miarę postępów kapitalizmu

Usłyszałem ostatnio, chyba nawet kilka razy, zarzut, że robię coś, co nie przystoi dżentelmenowi. Co, oczywiście, wywołało moje zdziwienie, a raczej – przywołało na moją twarz udawane zdziwienie, bo w środku nie dziwi mnie wcale. Półki księgarskie (w krajach anglosaskich przynajmniej) uginają się pod ciężarem książek o byciu nowoczesnym dżentelmenem i wszystkie one traktują o noszeniu marynarek i niesikaniu na deskę klozetową. Stąd też wśród ludzi rodzi się przekonanie, że noszenie marynarek i niesikanie na deskę stanowi o byciu dżentelmenem, a dalej niepohamowana siła mylnego wnioskowania prowadzi ich do założenia, że każdy kto nie sika na deskę i nosi marynarkę jest nim, uważa się za niego (czyli jest nim świadomie) i o swoje dżentelmeństwo zabiega.

Dupa.

Nie chce mi się roztrząsać właściwej postawy dżentelmena: czy jest nim elegancki łajdak z wyższych sfer, narkoman i hazardzista, czy też raczej wychowany w rycie kindersztuby chłoptaś z uniwersytetu Ligi Bluszczowej, który dba o rzeźbę ciała i hart ducha? To temat na inne wynurzenia i pewnie prędzej czy później się tu one znajdą, kiedy żółć wzbierze we mnie następnym razem. Ale nie dzisiaj, kochani.

Kim by ten mityczny dżentelmen nie był, nie jestem nim, nie próbuję i proszę mnie z bycia nim nie rozliczać. Da się uszyć marynarkę na każdą istotę z rzędu naczelnych (znając długość rękawów w gotowej konfekcji, pewne gatunki małp nie muszą pewnie nawet korzystać z usług krawca), więc moja garderoba jest fałszywą przesłanką.

To, leksykalne w gruncie rzeczy, nieporozumienie, to kamyczek który daje początek lawinie monstrualnych i trudnych do wyprostowania nieporozumień. Rozważam je przypadkiem w dwóch kontekstach poradnikowych: książki Gentleman – mam zasady człowieka (lub ludzi) podpisującego się jako Adam Grainville i bloga Stanisława Krajskiego o savoir vivrze, linkowanego zresztą ostatnio przez czytelnika LZ, którego w tym miejscu pozdrawiam.

Oba dają śmieszny kontekst dżentelmeństwu, przy czym, uczciwie przyznaję, p. Krajski trochę mniej, bo jego nauki faktycznie mają głębszy sens, choć podejrzewam, że gros jego czytelników po prostu lubi dzielić włos na czworo. Śmieszni są zwłaszcza ci, którzy, jak jedna z jego czytelniczek, mają problemy typu: chciałabym z mężem (pszaszam, partnerem) iść w jakieś eleganckie miejsce, gdzie będę mogła wcielać w życie zasady savoir vivre’u (sic! – z czego dodatkowo wysnuła pytanie o niezamawianie wina w restauracji i czy przypadkiem nie obrazi to kelnera albo kucharzy). Czyli – savoir vivre’u trzeba szukać na mieście i to od razu wobec kelnerów.

To podejście zresztą bliskie forum bespoke.pl, gdzie także wiele uwagi poświęca się temu, gdzie (zwłaszcza poza największymi miastami) można czasem iść, żeby warto było ubierać się elegancko. Pokrewna jest tu postawa teoretyka, który zdobył całkowicie nikomu do niczego niepotrzebną wiedzę, a teraz szuka kogoś, kto będzie chciał go słuchać. Wszystkim tym państwu polecam studiowanie jakiejś egzotycznej filologii starożytnej albo esperanto – nie rozwiążą one co prawda ich problemów, ale nadadzą pewną spójność poglądów estetycznych i wykształcenia.

Szczególnym przypadkiem rozbuchanej teorii są oczywiście wszystkie te brednie o smokingach i frakach i o tym, kiedy przystoi jaka mucha (czarna do smokingu, biała do fraka, gdybyście nie wiedzieli). Ta wiedza w Polsce praktycznie nie funkcjonuje, nie istnieje klasa, która by ją wcielała w życie, a to, czy klasa zdąży powstać, czy frak wcześniej wymrzeć, jest zagadnieniem co prawda w jakiś sposób fascynującym, ale dynamicznym jak mecz szachowy między dwoma klonami Kasparowa.

Sam Krajski jednak jest o niebo lepszy od swoich konkurentów, bo, na przykład, zaleca cichsze rozmowy na balkonie po godzinie 22 albo niezasłanianie innym rozkładu jazdy, kiedy stoimy na przystanku. Gdzie by tam było Adamowi Grainville (gdyby taki istniał) w ogóle zakładać, że ktoś może jeździć autobusem i mieszkać w bloku! Dżentelmen ma przecież limuzynę i rezydencję, a w ogrodzie strzyżony od siedemnastego wieku labirynt, w którym każdy znajdzie dla siebie niszę na dowolnie intymne rozmowy. No i na papierosa wychodzić nie musi, bo sam Raul brat Fidela dostarcza mu door-to-door najlepszy koks z dedykacją.

Mam gdzieś takie wykluczenia. Nie zrozumcie mnie źle, sam system wykluczeń nie jest zły i jestem wśród ostatnich, którzy będą na nim wieszać psy. Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb. Ale czynienie takich wykluczeń to jest w naszym wypadku czystej wody odtwórstwo historyczne, a odtwarzać – tu pokuszę się o sformułowanie własnej zasady bon tonu – wypada jedynie te formacje, które już wyginęły. Dlatego niektórzy burzą się na noszenie krawatów we wzór regimental zarezerwowany (?) dla konkretnych formacji brytyjskiego wojska (a ja się wahom), a mało komu przeszkadza, że ktoś założy mundur napoleońskiego oficera.

Nie jesteśmy arystokratami, ani  ja, ani moi czytelnicy, bo gdybyście byli, wasza moc dystynkcji wzięłaby mnie dawno poza nawias waszego zainteresowania. Zresztą znałem w życiu jedną prawdziwą młodą arystokratkę, na studiach, jedną z tych o których kolorowa prasa pisała, że jest z TYCH (no, przepraszam, poznałem jeszcze jednego młodego potomka znanego rodu. Na pytanie „Czy z TYCH?” odpowiedział: – Mówi się z Tychów). Ale tamta młoda nie różniła się serio niczym od innych, prócz tego, że była taka jakby bardziej infantylna. Może to skutek, może zbieg okoliczności, a może jej moc dystynkcji była na tyle silna, że z plebejskim brakiem wyczucia nawet nie odczułem siły jej pogardy.

My tu jesteśmy wszyscy (mówię to zapewne bez większego nadużycia) młoda klasa średnia. Może nie wszyscy, bo to, co stanowi o klasie, to jednak także środki materialne (nie mówię zarobki, bo arystokrata może zarobków nie mieć, a kasy jak lodu – i owszem), więc niektórzy jeszcze aspirują, ale i oni w większości dopną swego. Jesteśmy więc, albo przynajmniej będziemy, młoda klasa średnia jak malowanie. Chodzi nam tylko o fajne ciuchy, modne i lekkie żarcie, dobrą figurę i kondycję, dobre używki i rozrywki, oliwę z pierwszego tłoczenia i wódkę z trzeciej destylacji, właściwe konteksty spożycia i oznaczone miejsca pochodzenia, klarowny skład, podany szczep i bez dodatku ulepszaczy. Bo ulepszymy sobie sami, hipstery jebane.

A wykluczenia nadciągną za tym wojskiem jak markietanki. Nie wezmą udziału w bitwie, ale zanim rozbijesz obóz, one już będą na miejscu. Były i w dziś rano, kiedy jadłem pyszne lekkie śniadanie z przyjaciółmi we Wrzeniu Świata, i komentowaliśmy paletę damskich ciuchów modnych w tym sezonie, piliśmy porannego portera, trochę tak dla beki, bo wszystkie poradniki dla nowoczesnych dżentelmenów tak zalecają, i omawialiśmy swoje hobbies i plany na długie weekendy. A dookoła, przy wszystkich stolikach, byli tacy, jak my i gdyby ktoś nam powiedział, że tam, na zewnątrz, dzieci głodują, nie w Somalii, ale w podstawówce w Bieszczadach, to co bardziej ograniczeni (a ograniczonymi każda klasa społeczna obdarzona jest równie szczodrze) mogliby nie uwierzyć. I nikomu nie trzeba było mówić, że źle się zachowuje albo źle wygląda, bo nikogo takiego w okolicy nie było. Oni po prostu trzymają się z daleka i pewnie większość z nich gardzi nami jak większość z nas gardzi nimi.

Więc jeśli twój tryb życia nie dostaje do tego, jak się ubierasz, to znaczy że źle w ogóle, że aspirujesz, albo że aspirujesz za słabo – raczej to drugie.

10 odpowiedzi do “O (nie)byciu dżentelmenem”

  1. Ładnie napisane, aczkolwiek nie ze wszystkim się zgodzę.
    Choć nie jestem (już) jakimś wielkim orędownikiem i apostołem savoir-vivre’u (aczkolwiek swego czasu jak każdy neofita byłem zapalonym), to jednak zachowywać się nienagannie wypada, zwłaszcza jeśli ktoś zabiega o posiadanie nienagannie skrojonego gajerka za np. półtorej pensji. I nie chodzi mi o to że warunkiem sine qua non posiadania dobrego garnituru od dobrego krawca jest znajomość i wdrażanie wszystkich zasad dobrego wychowania ale jakoś lepiej to wygląda, niźli miałbym np. spotkać człowieka w takim stroju rzucającego joby na lewo i prawo, dłubiącego w nosie, zębach, uszach i gdyby nie spodnie to wiadomo gdzie, przy ludziach, bo cały ten jego strój na nic by się nie zdał. To oczywiście w dużym uproszczeniu.

    Blog p. Krajskiego i „poradnik” Granville’a celują myślę w inny podmiot liryczny. O ile p. Krajski opisuje tą swoją nową klasę średnią, dorabiając do tego podbudowę filozoficzną, to w przypadku Granville’a mamy do czynienia z opisem stylu życia(?) arystokracji. Oczywiście nie chodzi tu o wyłącznie o arystokrację per se, ale generalnie o te 1-1,5% społeczeństwa których to stać na wszelkie zachcianki, choćby tą limuzyną z szoferem, szefem ochrony i pięcioma gorylami którzy robią za obstawę. I rzeczywiście tacy ludzie nie mieszkają w blokach i nie jeżdżą autobusami, bo sama ich zastawa stołowa warta jest ponad 50,000 euro.
    Natomiast klasa średnia to te 10-15% które jeszcze może mieszkają w blokach i tłuką się autobusami ze śmierdzącym dookoła ludem, ale jakoś tam próbują się wyróżnić (ale dyskretnie, dyskretnie) od tej szarej masy.
    Dlatego też uważam że nie ma co się na Granville’a spinać, zwłaszcza jeśli z odpowiednim nastawieniem siada się do lektury. Przyznaję, że siadłem z krajskim nastawieniem na dżentelmeństwo, ale w trakcie czytania zweryfikowałem je, tak więc lektura odbyła się bez większych zgrzytów.

    PS. Nie wiem czy wstępniak to parafraza czy raczej zamierzony cytat, ale jeśli cytat ze Skarbnicy Wiedzy, Słońca Ludzkości i Wielkiego Językoznawcy to powinno być socjalizmu zamiast kapitalizmu

  2. Ależ te paskudne określenie „wcielać w życie zasady savoir vivre’u” po prostu przeszło na czytelniczkę bloga od jego gospodarza, który ma taką manierę pisania. To tak samo, jak wchodząc na szarmanta jestem przygotowany na gnojenie sieciówek, jeansów, t-shirtów i trampek czy wchodząc na macaroniego na informacje, że stylowy mężczyzna nie wiąże krawata symetrycznie i nie nosi czarnego garnituru (na pogrzeb proponuję khaki albo biały — dandys winien się wyróżniać!). Słowem, autorzy nabywają jakąś manierę, ale jeśli poza nią przekazują wartościowe informacje to warto ich czytać. A Krajski takie informacje z pewnością przekazuje! Przede wszystkim to znawca etykiety i chwała mu za to, że poświęca swój wolny czas, żeby edukować innych i chętnie odpowiada na wszelkie pytania. Nadto zwraca uwagę na wiele rzeczy na które np. ja nie zwracałem uwagi, a warto nad nimi panować. Przykładowo, pisał kiedyś o głośnym zachowywaniu się w miejscach publicznych — niby wiadoma sprawa, ale w towarzystwie znajomych młody człowiek może wręcz nie zdawać sobie sprawy, że jest głośno. Po przeczytaniu takiej notki będzie na to baczył i przestanie się drzeć w autobusie. A to czym się różni toast angielski od francuskiego to rzeczywiście informacja raczej mało przydatna, jak i wyśmiewane to http://www.youtube.com/watch?v=xjAYigJfBfU . Ale chyba wszyscy mamy bliższe podejście do analizowania czy paszteciki podać z lewej czy z prawej strony, niż do cweli komentujących to „oni rozprawiają jak jeść zupę, a w Afryce dzieci zdychają” albo „no, jak to jak? Tak wpierdalać, żeby było szybko i żeby się nie zachlapać!”.

    Książki Granville’a nie czytałem, więc się nie wypowiem. Ale powiem LZ, że raczej nie o procencie tu mowa, a o promilu. I nie chodzi tu nawet o kwestie czysto materialne tylko wybory życiowe: Krajski kiedyś przytoczył anegdotkę na blogu, że Bill Gates będąc na wystawnym przyjęciu, poprosił po godzinie, żeby go zawieziono do McDonalda, bo „tu nie ma nic dla niego do jedzenia”. A tu podejście do stylu innego giganta http://obamapacman.com/wp-content/uploads/2010/07/Apple-CEO-Steve-Jobs-Keynote-Fashion-Evolution.jpg .
    Wracając do tej czytelniczki Krajskiego — kobieta być może nigdy nie była w restauracji, naczytała się o „pięknym życiu” i chce go trochę uszczknąć, a przy tym nie popełnić błędu. Co w tym złego? Myślę, że taki sam impuls miał każdy z nas, wkładając pewnego dnia marynarkę zamiast bluzy. Ona spytała czy wypada nie wziąć wina, a my kiedyś pytaliśmy czy brązowe buty do garnituru to aby na pewno można.

    1. Co do zasady zgodzę się, ta maniera jest dla mnie lekko patetyczna, ale i tak czytam bo jak napisał Pan, człowiek poświęca swój prywatny czas edukując nieobytych tubylców, a mógłby przecież wykorzystać go z większym pożytkiem choćby wcielać w życie zasady savoir vivre’u na różnych baletach towarzyskich.

      Co do procentów, to owszem, ale z tą klasą średnią którą jest ok 10-15% społeczeństwa też nie jest tak jak by sobie różnego rodzaju marzyciele wyobrażali. Może raptem 1-2% zachowuje się, nosi się, konsumuje na poziomie, a reszta jak to nasz szanowny Doktor zauważył sproletaryzowała swoje gusta, mimo posiadania odpowiednich warunków materialnych. Te 1-1,5% społeczeństwa, które kiedyś było arystokracją, dziś także występuje, ale w innej formie, i być może 1/10 z tej nowej arystokracji, ma potrzeby opływania w luksusy. Innym wystarcza świadomość, że bilans na koncie z miesiąca na miesiąc powiększa się, ograniczając konsumpcję do minimum i big maca z frytkami.

  3. Blog p. Krajskiego i „poradnik” Granville’a celują myślę w inny podmiot liryczny

    podmiot wypowiedzi lirycznej, fikcyjna osoba wyrażająca swoje przeżycia, refleksje i poglądy, stanowiąca zarazem ośrodek świata przedstawionego utworu. Jest to postać wykreowana na użytek danej wypowiedzi, konstrukcja jedyna i niepowtarzalna, choć podlegająca presji tradycyjnych ujęć.

    1. Upraszam wybaczenia, już nie będę. Na usprawiedliwienie swojej niewiedzy niech wystarczy fakt, że maturę (starą) z polskiego zdałem ledwo bo na 3+.
      Ale niepodobna nie zauważyć, że obaj panowie odwołują się do jakiegoś zestawu cech, kształtujących owego mitycznego dżentelmena, i ten oto dżentelmen jest owym podmiotem lirycznym, że robi to, a tego nie robi itp. U Granville’a wydaje się to oczywiste, zwłaszcza w akapitach, w których opisuje jak taki osobnik kompletuje służbę, ochronę, prowadzi dossier gości, gdzie trzyma na nich kompromaty itp.

  4. Dobrze że nie jestem dżentelmenem, tyle nakazów i zakazów. Fu!

    „Usłyszałem ostatnio, chyba nawet kilka razy, zarzut, że robię coś, co nie przystoi dżentelmenowi.”

    Mam to samo, wtedy żartuję że jestem maczo-dżentelmenem i wypada mi wszystko :-D

  5. Świetny tekst, zgadzam się w powiedzmy 95 procentach. O ile jestem w stanie zrozumieć sens działalności „podmiotu” jakim jest Adam Grainville to trudno mi pojąć funkcjonowania w obecnej formie forum bespoke.pl. Grainville przynajmniej jest konsekwentny, pisze o bogatych, dla bogatych (lub do bogactwa aspirujących, czy mających je w niedalekiej perspektywie).Forum bespoke stało się sklepem z przełomu XIX i XX wieku, kupisz i naftę i mąkę. I znajdziesz i takiego który wypomni ci kupienie nafty, i takiego który zrobi awanturę o kupowaną mąkę. Pomysł był dobry, ale jak to częst bywa autor pomysłu stracił pasję/wolny czas/panowanie nad sytuacją/wizję- niepotrzebne skreślić. Pozwolę sobie na autoplagiat:

    Może odpowiednim miejscem na ten wpis jest forum, ale po co kolejna wojna na temat czy dżentelmen to gatunek wymarły, skoro można prowadzić wojny na temat czy klapy nie są za szerokie od 5 milimetrów, a garnitur o ćwierć tonu oddalony od midnight blue?
    Dowiedziałem się na tym forum kilku ciekawych rzeczy, konta na razie nie usunę, ale najważniejszych rzeczy na temat bycia, czy nie bycia dżentelmenem dowiedziałem się gdzie indziej (między innymi tutaj). Moje wnioski wyszły następujące: osoba elegancka (czy dżentelmen) jak kto woli, nie potrzebuje smokingu i dwóch milionów na koncie. Osoba elegancka wie: co, gdzie i dlaczego. Jest trochę jak Nick Wooster, ma olbrzymie tatuaże, ale wie kiedy schować je pod rękawami koszuli.
    Przepraszam za offtop i jeszcze raz dzięki za tekst.
    Pozdrawiam, Yukon

  6. Echh błąd autplagiatem miało być zacytowanie: Biedna nazwa forum;-( co chwila z kruchego szkła musi się stawać elastyczną gumą.

  7. Nie sądzę, żeby Granville faktycznie pisał o bogatych dla bogatych, bo niby po co im o nim samym normatywne notki przedstawiać? Paradoksalnie o nietrafieniu książki Granville’a świadczy to, co się stało z forum bespoke – ludzie zainteresowani krawiectwem miarowym to w większości studenci, którzy się szczypią o zakup jednej pary lepszych skarpetek. A ten im o projektowaniu herbów i rozplanowaniu rezydencji opowiada.

  8. Na blogu p. Krajskiego rozbawił mnie list czytelniczki, która jest zatroskana o to, że jej partner raz na tydzień chodzi na piwo z kumplami – w związku z tym zapytuje ona autora bloga, czy chodzenie na piwo jest zgodne z zasadami savoir-vivre. Autor bloga na to odpowiada, że należy zmusić męża, by chodził z kolegami na wino, a nie na piwo, a wtedy wszystko będzie cacy i po dżentelmeńsku.

    Nie wiem, jakie jest przesłanie bloga, ale mi ręce opadły jeszcze bardziej, niż przy pytaniu o dobre miejsce do wcielania savoir vivre.

Możliwość komentowania jest wyłączona.