O byciu gospodarzem

Krótka przypowiastka o roli człowieka w świecie, na przykładzie młotka

Po niedawnej rocznej przerwie w pisaniu mam prawo zakładać, że nie uważacie mnie za tytana pracy. I w sumie dobrze; Joyce powiedział, że w życiu trzeba albo dużo pracować, albo dużo pić. Ja już wybrałem.

Jednak to nie alkoholowe ciągi trzymały mnie z dala od klawiatury. W rzeczywistości nic mnie nie trzymało – pracowałem sporo, a zgodnie z zasadą „Pracujesz na lądzie – odpoczywaj na wodzie” wolne chwile spędzałem na wiciu gniazda, powiększaniu rodziny i utrzymaniu jej w stanie powiększonym. Nic szczególnego.

Musiałem między innymi skombinować kilka przydatnych mebli, a że nie lubię nowych rzeczy (bo dzisiaj poniżej kwoty miliona babilonów nie kupi się nic dobrego, a i jej zapłacenie nic nie gwarantuje), rzuciłem się na chwilę w wir pracy stolarskiej. Użyłem do tego warsztatu stolarskiego, który zostawił po sobie dziadek, oraz mojego sędziwego staruszka.

Staruszek mój to typ na osobną książkę. Magister inżynier mechaniki precyzyjnej, przez cały peerel tak długo robił dużo rzeczy, które warto było robić w tamtych czasach żeby utrzymać się na powierzchni (przez co nie zawsze go lubię), aż został dyrektorem w kilku kolejnych szacownych instytucjach, co następnie rzucił, by wyjechać na placówkę nadzorować Arabów na budowie autostrad w Libii.

W wieku przedemerytalnym wylądował natomiast w Stanach, gdzie robił co mógł, aż w końcu został stolarzem. Można mówić, że to los polskiego hydraulika, imigranta bez języka w kompletnie obcym świecie, jakim są Stany, ale ja uważam, że po prostu upomniało się o niego jego powołanie. Czy też, dla preferujących terminologię niuejdżową, przeznaczenie. Bo mój stary jest prawdziwym rzemieślnikiem. Może nie mieć warsztatu, materiałów ani zleceń, ale jest nim z pewnością, w sercu i w głowie.

O wszystkim tym gadaliśmy, prasując fornir na pięknej biblioteczce z lat 50., która teraz służy mi do udawania, że przeczytałem dzieła wszystkie Conrada. Opowiadał mi historie z Libii, które już słyszałem, ale lubię ich słuchać, i historie ze Stanów, które nie wszystkie znałem. I, na te kilka chwil, ja też stałem się rzemieślnikiem. Nie sądzę, żeby to było moje powołanie, ale w końcu nikt nie jest sędzią we własnej sprawie.

A przerwach między opowieściami klęliśmy na szewcy (szewc też rzemieślnik), bo w tym pieprzonym warsztacie, odkąd dziadek umarł, nic nie da się znaleźć. Z warsztatu, w którym można było – nie przesadzam – wyprodukować w całości dom, od zrębów i więźby dachowej po meble i drewniane bibeloty – zostały smętne resztki narzędzi, z których każde do czegoś się kiedyś przydało i żadne nie wróciło na miejsce. Wiertła? Częstujcie się! Śrubokręty? Ależ proszę, tam gdzieś są. Ścisk stolarski? Doskonały do ściskania wafli z kremem, zanieś go do kuchni.

– Bo tutaj brak gospodarza. A miejsce potrzebuje gospodarza – powiedział refleksyjnie mój stary.

Te słowa grzechotały mi pod czaszką przez kilka tygodni. Myślę o nich, kiedy gotuję obiad. Myślę o nich, kiedy znowu nie zmusiłem córki do posprzątania po zabawie, zanim pójdzie spać. Są moją główną myślą, kiedy przeglądam dział krajowy jakiegoś serwisu informacyjnego. W tej ostatniej roli zresztą zastąpiły cytat z Adasia Miałczyńskiego: „A co jeśli Polska to właśnie ta obszczana klapa?”.

Bo za miejscem stoi instytucja, a instytucja potrzebuje hierarchii. Instytucją ukrytą pod postacią twojego biurka jest twoja praca, ty jako człowiek pracujący. Instytucją uosabianą przez twój dom jest twoja rodzina. A hierarchia nie służy tylko tym, którzy są na jej szczycie. W większości firm (i większości rodzin) ciężko w to uwierzyć, ale tak właśnie jest. Twoje dziecko potrzebuje twojego autorytetu dokładnie tak samo jak ty. Twoja żona też.

Ten autorytet czasem się wynaturza i wtedy są telefony na niebieską linię i sąsiedzi mówią potem Elżbiecie Jaworowicz, że kto by pomyślał, że to była na zewnątrz taka spokojna rodzina. Ale nie przestajemy jeździć samochodami nad morze tylko dlatego, że rocznie na krajowej siódemce ginie małe miasteczko ludzi, prawda? Więc nie rezygnujmy z autorytetu tylko dlatego, że wynaturza się do przemocy.

A gospodarz to ładne słowo. Skromne. Sugeruje obowiązki, a nie zaszczyty. Do tego brzmi jakoś tak… pochlebnie.

Wracając do mojego warsztatu po dziadku (dziadku macierzystym, co sprawia, że mój staruszek nieszczególnie się do niego poczuwał): jestem antropologiem kultury i mam czasem te humanistyczne tiki, stylizujące proste myśli na Foucaulta albo Barthesa. I z dużą łatwością przychodzi mi stwierdzić, że to nie stolarz odkłada młotek na miejsce. Młotek utrzymuje w jego miejscu autorytet Szefa (tak o moim dziadku zawsze mówiło tych kilku Chłopaków, jak nazywaliśmy jego pracowników).

A że młotek powinien być na swoim miejscu, przekonywać nikogo nie trzeba. A może jednak warto to przypomnieć wszelkiej maści frilanserom wierzącym w hasło „artystyczny nieład”? Niech więc będzie jednym zdaniem: stolarz, który ma w warsztacie artystyczny nieład, nie ma palców. Jeśli chcesz czuć się niezależny w pracy i fachowy jak rzemieślnik, wypisz to hasło złotymi zgłoskami na ekranie od laptopa.

Uwielbiam mise-en-place w kuchni i domowym barze, choćby dlatego, że kiedy coś gotuję albo mieszam drinka przy ludziach, wyglądam jakbym kontrolował sytuację. A to zawsze dobrze. Ale to mise-en-place przekłada się na poczucie harmonii i pewności swoich ruchów, a one – na ogólną wiedzę co chcę zrobić i od czego mam zacząć.

Cały czas uwzględniam metaforę, że stanowisko pracy jest tu synonimem miejsca w życiu. I ty też powinieneś.

Warto poczuć się od czasu do czasu gospodarzem swojego otoczenia, choćby na krótką chwilę dla sprawdzenia, czy wszystko idzie tak jak powinno. Co mówię jako wewnętrznie trochę zdyscyplinowana odmiana pijaka i bałaganiarza.