Krawat: najważniejsza decyzja dnia

Einstein nie miał czasu myśleć o garniturach, bo cały czas myślał o fizyce. Tia, jasne.

Jakoś ostatnio głośniej w zamorskich mediach o zaletach ubierania się cały czas tak samo. Nie wiem i nie chce mi się śledzić, kto zaczął – oszczędzam w ten sposób, tak cenny podobno, brainpower. Sam najpierw trafiłem na polemikę: angielski publicysta Tony Parsons na łamach tamtejszego GQ przywołuje najklarowniejszy dziś przykład: Marka Zuckerberga, prezesa Facebooka, w ciągle takim samym tiszercie i bez butów (to, co ma na nogach, nie jest obuwiem).

Dopiero później rzucił mi się w oczy jeden z pierwotnych artykułów, chwalących Wielkich Innowatorów, świętych naszych czasów, za nieprzywiązywanie wagi do ubioru. Co charakterystyczne, ten link prowadził do LinkedIn, miejsca, w które idzie się odnosić sukces i być coachingowanym – do obu tych aspektów życia odnoszę się z równą niechęcią.

A zatem: podobno istnieje coś takiego, jak brainpower – zdolność decyzyjna mózgu. Wierzę w to. Podobno ma ona swój limit – w to również wierzę. Jeśli ciągle musisz wybierać: jakie mięsko, jaki dodatek skrobiowy, jaka surówka, jaki sos – to przy zamawianiu kompotu wreszcie wykrzykujesz: „pierdolę to wszystko!”. Zgodnie z tą logiką ludzie sukcesu ograniczają swoje wybory: powinni jeść zawsze to samo, zakładać rano zawsze to samo, pić zawsze kawę w tej samej kawiarni – po to, żeby oszczędzić sobie tego brainpower na rzeczy ważne: zarządzanie wielkim biznesem (jak Zuckerberg) albo robienie przewrotu w nauce (jak Einstein).

Super. Tylko problemów w tym trybie myślenia jest kilka.
Po pierwsze: homogeniczny ubiór a noszenie ciągle tego samego to gigantyczna różnica. Vincent Carlos, autor tekstu z LinkedIn, na siłę porównuje Barracka Obamę ze Steve’em Jobsem. Ten pierwszy wygląda tak samo codziennie, nosząc „szary ALBO granatowy garnitur”. A przecież garnitur to tylko początek – jest jeszcze koszula, krawat, dodatki…

Tymczasem Jobs faktycznie przez wiele ostatnich lat życia ubierał się zawsze tak samo: zaprzyjaźnił się z japońskim projektantem Issey Miyake, którego golfy tak mu się spodobały, że zamówił ich kilkadziesiąt. Nawet chyba żartował wtedy, że starczy mu do końca życia, co okazało się ostatecznie prawdą. Problem polegał jednak na tym, że o ile był to słuszny krok w kierunku tzw. „budowania marki własnej”, o tyle była ona marką własną dokładnie w tym sensie, co w wypadku gumisiów, i innych bohaterów kreskówek, których rozpoznajemy po tych samych strojach codziennie.

Jest więc jedna grupa: dzisiejszych biznescelebrytów (Jobs, Zuck), którzy ubierają sie faktycznie zawsze tak samo, i druga grupa – przywołany Einstein i Obama, którzy po prostu trzymają się dress code’u. Dla Carlosa to wszystko jedno – to przekonanie pewnie sytuuje go w żadnej z tych grup, ale w grupie trzeciej – gości, którzy ubrania nie rozumieją i zrozumieć nie próbują. Że tacy ludzie często o ubraniu piszą – zdążyliśmy już przywyknąć.

Jest jeszcze druga sprawa, która sprawia, że warto jednak myśleć o ubieraniu się. Nie jestem wielkim fanem argumentacji, którą w GQ przywołuje Tony Parsons: że trzeba nosić ganitur, bo garnitur to wielki przyjaciel każdego mężczyzny. Zgadzam się z tym zdaniem w całej rozciągłości, ale i tak nie jestem jego fanem jako argumentu – bo czuję, że mogę być inny wśród innych, że ten argument niekoniecznie musi dziś trafić na dobry grunt. Jestem za to fanem innych argumentów: że warto ubierać się trochę dla siebie, ale jednak trochę dla innych – bo to pokazuje nasz stosunek do nich i ich interesów.

I drugiego, najważniejszego: jeśli decyzja o tym, jaką koszulę i krawat wybrać, zużywa ci brainpower do prowadzenia biznesu, czy też, jak Mark Zuckerberg, „służenia społeczności”, to może ty dzisiaj, stary, odpuść sobie ten dzień. Nic by chyba z niego nie było.