Klubowy „garnitur”

Zestaw klubowy zastępuje garnitur tam, gdzie chcemy być eleganccy bez wygłupiania się

Jak często czujecie to dziwne rozdarcie, że sytuacja w zasadzie wymaga założenia garnituru, ale poczucie śmieszności wynikające z bycia jedynym, który ten wymóg dostrzega, skutecznie do tego garnituru zniechęca? „Garnitur” klubowy jest tu doskonałym rozwiązaniem. Nie żartuję.

Teatr w dzień powszedni o siódmej? Imieniny u wujka (znacie ten gatunek wujków, z dobrą pracą, jachtem na mazurach i kupą dobrze sytuowanych, ale kiepsko ubranych znajomych, których co roku zaprasza)? Koncert awangardowego jazzu albo wernisaż? We wszystkich tych miejscach dress code’y mieszają się jak wódka z colą. W teatrach studenci, którzy jako stali bywalcy wpadają w dżinsach i sweterkach, sąsiadują z wycieczkami z zakładów pracy odstawionymi jak stróże w Boże Ciało i z inteligentami z tradycją, którzy noszą powyciągane szare tweedy w jodełkę, bo tak i już. O sorcie mundurowym spotkań rodzinnych w ogóle nie warto mówić, zwłaszcza jeśli rodzina jest szeroka i mocno przekrojowa, jeśli chodzi o klasy społeczne jej członków. Garnitur i krawat to w najlepszym wypadku „a coś się tak wystroił”, a garnituru bez krawata nie nosi się i już, tak jak smokingu czy fraka nie nosi się bez muchy. Chyba że wymięte i na kacu.

Tymczasem klasyczny garnitur klubowy jest w zasadzie strojem nieoficjalnym, czy też, jak to się mówi, nieformalnym. Ot, gość założył granatową marynarkę do szarych spodni, nie róbmy z tego wielkiej sprawy. Jakoś tak jest i już, że garnitur przez sam fakt, że spodnie są z tego samego materiału co marynarka, wyróżnia się niezwykle, a zestawy koordynowane nosi nawet metroseksualna gimbaza z Zary (choć oczywiście nie nazywa tego w ten sposób), więc nie ma nad czym się zmóżdżać. Daje elegancki i bardzo klasyczny wygląd, a jednocześnie… no właśnie, nie wyglądasz, jak mrówka w święto lasu. Rzecz przydatna na każualowe wyjście do teatru, ale po tysiąckroć bardziej przydatna na wspomnianych imieninach, gdzie rządzi wódeczka i „a co tam panie w polityce”.

Aby przygotować zestaw klubowy, potrzebujesz: jednej sztuki granatowej marynarki, najlepiej właśnie „klubówki”. Korci mnie, żeby napisać, że kontrastowe guziki i naszywane kieszenie są obowiązkiem, ale o taką marynarkę znacznie trudniej. Jeśli jesteś uparty i zapobiegliwy, zamów granatowy garnitur z wymienianymi guzikami (są takie patenty), dzięki którym niewielkim nakładem pracy możesz zmienić marynarkę garniturową w idealną klubówkę.

Tak czy siak, co by się tam w twojej garderobie nie działo, jestem bardzo przekonany, że marynarka klubowa to najtęższy filar dorosłego zestawu ubraniowego i mówię to nie dlatego, że akurat jestem – a jestem – posiadaczem wyjątkowo pysznego egzemplarza. Raczej odwrotnie: w drodze wyjątku postanowiłem być drogowskazem, który idzie tam, dokąd wskazuje.

Dalej: jedna sztuka szarych spodni i oczywiście trudno nie myśleć tu o flaneli, ale przecież spodnie to tylko tło.

Jedna sztuka białej koszuli. Oczywiście jedna na raz na grzbiecie, a nie jedyna w szafie.

Granatowa marynarka, jasna koszula i ciemny krawat dają idealny kontrast. Biała koszula pasuje na wieczór – nie dlatego, że łatwiej w niej udawać bycie w smokingu, ale dlatego, że biały kolor i mocne kontrasty lubią i dobrze znoszą sztuczne światło. A poza tym wieczorami dziewczyny robią się jakieś takie bardziej kochliwe, a jak wiadomo dziewczynom łatwiej kochać mężczyznę, jeśli jest on w białej koszuli.

Czarne oksfordy, sztuk raz – kto by pomyślał, że buty, które zamówiłeś do ślubu/matury/pierwszej komunii założysz kiedyś bez garnituru?

Na koniec dodatki, na czele z poszetką. Moją zasadą jest zakładanie do krawata lnianej poszetki w tzw. TV-fold, (piszę te słowa pełen zażenowania, że żyjemy w świecie w którym nawet wkładanie chusteczki do kieszeni ma nazwę własną), a jedwabnej i bardziej kwitnącej – kiedy krawata nie noszę. Musisz jednak pamiętać, że po pierwsze to prywatne zasady jakiegoś tam blogera, które niewiele mogą cię obchodzić, a po drugie, że sztuczne światło lubi też dyskretny połysk jedwabiu.

Jeśli czekałeś na odpowiedni moment, żeby wetknąć do butonierki oznakę przynależności do jakiejś nobliwej organizacji lub idei, ten moment właśnie nadszedł. Ostatecznie dlatego nazywamy ten zestaw klubowym: czym innym jest klub, czy szerzej – klubowość, jak nie osadzeniem w pewnej zawikłanej sieci międzyludzkich relacji sympatii i przynależności?

Nie ryzykowałbym zaś do zestawu klubowego kwiatka w butonierce: służy on przecież do emablowania dziewczyn i wydaje się jakiś taki nie na miejscu w stroju, który tak otwarcie nawiązuje do munduru. Nie chcesz chyba nosić badyla tam, gdzie inni noszą ordery?

A ponieważ ten zestaw nazywamy klubowym, dobrym stylem krawata (którego absolutnie nie degraduję do rangi dodatku) jest regimental, czyli krawat w skośne pasy. Jeśli jesteś purystą i krawaciarzem w jednym, wiesz na pewno, że pewne kluby, uniwersytety, a nade wszystko brytyjskie formacje wojskowe, mają własne wzory i schematy kolorystyczne pasów. Jeśli masz jeden z tych zastrzeżonych krawatów, staraj się raczej nie obnosić z tym w pewnych miejscach w obrębie starego Londynu, gdzie sympatyczni acz wyniośli staruszkowie mogliby zmusić cię do zmyślania bohaterskich historii z wojny o Falklandy.

Mi jednak daleko do puryzmu (przejawiam go tylko wtedy, kiedy kelner proponuje mi pepsi zamiast coli z czerwoną kartką) i nikogo z barw na krawacie odpytywać nie zamierzam. Moja alma mater, skądinąd fabryka socjologów, też ma swoje krawaty. Ale co to za krawat w barwy fabryki socjologów? Nie każda bieżąca afiliacja musi pozostawiać skazy na całe życie – przecież nie przedstawia się rodzicom każdej nowopoznanej dziewczyny, prawda?

Nie uwielbiam popadania w patos, ale w takim zestawie wszystko ma znaczenie. Jak powiedzieliby internetowi eleganci, łatwo można obniżać formalność zestawu: spodnie mogą być bez kantu, a krawat dalszy od klasyki, poszetka z linii prostej zwinie się w kłębek, a buty z czarnych przejdą w brąz – i już wszystko jakieś takie mniej wymuskane, bardziej na luzie, bliżej mu do nasiadówki w klubie cygarowym albo nawet piwko z kumplami, jeśli są to kumple z kategorii ĄĘ.

Bo nade wszystko liczy się stosowność. Granatowa marynarka klubowa jest stosowna w zasadzie wszędzie poza balem w Operze i pływalnią, a elementy, które dopełniają klasycznego zestawu klubowego, robią z niej genialny strój: coś jak garnitur, tylko bez poczucia bycia jako jedyny w okolicy w garniturze.

13 odpowiedzi do “Klubowy „garnitur””

  1. – Poproszę Colę.
    – Może być Pepsi?
    – A mogę zapłacić pieniędzmi z Monopoly?

  2. Oxfordy to na pewno dobry pomysł? Ja do takiego czegoś noszę zawsze czarne derby „na smukłym kopycie”. I dlaczego czarne skarpety to obciach?! Fakt, że do proponowanego zestawu lepsze szare, ale jak nie szare, to w tym wypadku tylko czarne.

    1. Kolor skarpetek to kwestia gustu, te zielone jak najbardziej pasują. Aczkolwiek kolorowe skarpety mocno przyciągają uwagę, ale akurat ten kolor jest dosyć stonowany :)

      1. Dobór koloru to wyższa szkoła jazdy. W dodatku, rzadko kiedy zostanie to docenione. Tak samo jak z kolorowymi spodnimi. Ja tam jeszcze nie dorosłem do tego, żeby nosić kolorowe lub wzorzyste skarpety. Za małą mam siłę przebicia w stosunku do otoczenia, które zaraz na podstawie koloru skarpet zacznie oceniać moją orientację seksualną. Dlatego wolę zgodnie z zasadami dobrać do koloru spodni ew. butów.

  3. Marynarka klubowa, o której Pan się rozpisuje, to po prostu blezer (od ang. blazer).
    Nie tylko krawaty organizacyjne (pułkowe, uczelniane itd.) mają swoje określone znaczenie, ale i guziki do blezera.
    Inne mam guziki, jeśli jestem członkiem klubu jachtowego, inne, jeśli weteranem określonego pułku.
    Przy noszeniu blezera należy zatem uważać, aby nie naruszyć zarówno reguł krawatowych, jak i skomplikowanej „guzikologii”.
    Z tego powodu blezery w sklepach mają często białe guziki. Po zakupie blezera guziki te się obcina i przyszywa zamiast nich guziki właściwego klubu. Guziki blezerowe są zawsze metalowe, często dość kosztownie wykonane (pozłacane itd.).
    Natomiast noszenie blezera z białymi guzikami ośmiesza właściciela blezera. To podobnie jak noszenie koszuli z podwójnym mankietem, ale zapiętym nie na spinki, tylko na tekstylne tzw. gałki bosmańskie zwane też „małpimi piąstkami”.

    1. Czasami słowa bywają zapożyczane z obcego języka z przesunięciem znaczenia. Blezer to wg Doroszewskiego (nowszego słownika z definicjami pod ręką nie mam): „kurtka, zwykle flanelowa, wkładana przez sportowców w czasie wypoczynku dla ochrony przed zaziębieniem; rodzaj żakietu dość luźnego i długiego, uszytego z materiału lub dzianego z wełny, zwykle bez kołnierza i usztywnienia”.

      Podobną definicję przytoczył kiedyś w ciekawej wymianie maili krawiec-gawędziarz Janusz Wiśniewski: „W polskim znaczeniu „blezer” to marynarka bez klap, często z nakładanymi kieszeniami z reguły z … włóczki choć również bywa rzadko (ale jednak) z materiału. Jeżeli z materiału to „grubszego” typu flausz, flanela czy tweed.”

      Co, jak stwierdziłem, jest zgodne z moją wcześniejszą intuicją, że klubówka to o wiele bardziej zakorzenione w polszczyźnie określenie granatowej marynarki „odd” z kontrastowymi guzikami. Używałem go w czasach, kiedy marynarka była dla mnie rzeczą odświętną i wyrzekać się go nie zamierzam.

      Co do rad dotyczących odrzucenia węzełków jako spinek do mankietów, to na tym forum takowe proszę sobie darować. Nie widzę w nich nic niestosownego i wszystkim polecam jako spinki w wersji casual, uważam bowiem, że i w sytuacjach casualowych podwójne mankiety mają pełną rację bytu. Sam założyłem dziś kraciastą koszulę spiętą dwukolorowymi gałkami bosmańskimi (celne skojarzenie! Nie zwróciłem wcześniej uwagi na to podobieństwo).

    1. Oczywiście. W przeciwnym wypadku Fashion Police najpierw strzela, potem pyta.

      Na przyszłość lekarz zaleca więcej dystansu i mniej wykrzykników.

  4. Czy ma duże znaczenie materiał z jakiego wykonana jest taka marynarka?
    Sam mam czarną marynarkę z dość bardzo lśniącego materiału, zastanawiam się czy bedzię to dobry pomysł na użycie jej w takim zestawie jaki jest tutaj opisany.

    1. Ma, nie ma… Trudny temat. Generalnie marynarki od takich zwykłych garniturów wyglądają raczej źle jako marynarki sportowe, ale jeśli mowa o czarnej marynarce z „dość bardzo lśniącego materiału”, to zalecałbym wyzbycie się sentymentów. Wspominałem o tym tutaj: http://smaknabyty.pl/ubranie/uwolnij-lacha/

Możliwość komentowania jest wyłączona.