Klasyczny whisky sour, wersja casual

Umiejętności barmańskie to ważna rzecz, ale czasem wystarczy wymieszać trzy składniki w dzbanku, by było tak, jak być powinno

Niektórzy wierzą, że okres noworoczny stanowi prognozę na cały nadchodzący rok. Jeśli rzeczywiście tak jest, to mam powody do optymizmu: spędzę go na twórczym nieróbstwie, rozwijaniu w skrytości kilku pomysłów, rozmowach z przyjaciółmi, dobrym żarciu i alkoholu od ósmej rano.

Marynarka i maszyna do pisania - piękna para
Intelektualnie i sartorialnie, czyli pokój gościnny w gościnnym domu, a jednocześnie pracownia pisarza

Oraz na rozprzestrzenianiu idei, takim jak przedstawienie kilkorgu przyjaciół koktajli na bazie whisky. W poprzednim wpisie dałem już upust miłości do jednego z nich, ale, jak mawiają kiepscy dziennikarze, pointę napisało samo życie.

Zainteresowanie penicyliną przekroczyło moje oczekiwania i skromne zapasy laphroaiga wkrótce się wyczerpały, ale chivas trwał, niewzruszony, w swojej pękatej butelce. Postanowienie, by nowy rok powitać z whisky sour, zostało więc powzięte w Sylwestra i to na tyle późno, że byliśmy już po zakupach. Ani nam się śniło wyściubiać jeszcze raz nos na dwór.

A do tego zamierzaliśmy spędzić ten wieczór na oglądaniu filmów, bez konieczności ciągłego latania do kuchni po shaker. Bo nic tak nie szkodzi zdrowiu jak całe to zbędne napinanie się, kiedy jest czas właśnie wrzucić na luz. Czy taki a nie inny składnik koktajlu jest kanoniczny? Czy nie mogę wypić vesper, skoro zamiast kina lillet mam tylko lillet blanc? Czy do whisky sour potrzebuję shakera, czy szklanicy barmańskiej? Czy mogę przywitać Nowy Rok inaczej, niż na fajerwerkach, wiwatowaniu i Bóg wie czym jeszcze? I czy do tego wszystkiego pasował będzie zielony krawat z grenadyny?

Na takie numery to ja nie idę. Chcecie whisky sour? Macie.

  • Przygotowanie syropu zajęło mi pięć minut stania nad rondelkiem i sypania brązowego cukru do coraz cieplejszej wody. Kiedy rozpuściło się go tyle, że okoliczne osy zaczęły o nim pisać reportaż do studenckiej gazetki, odstawiłem rondelek do ostudzenia, a kiedy zaczął tańczyć po całej kuchni i zawadzać dokładnie we wszystkim, zlaliśmy jego zawartość do pierwszego z brzegu naczynia, którym okazała się trzystumililitrowa butelka po dzecięcym soczku. Dzięki temu przy okazji wiedziałem, ile syropu mam do dyspozycji.
  • Wziąłem duży szklany dzbanek i shakerem z podziałką odmierzyłem 400 ml whisky. Wyszło mi z obliczeń, które amerykanie nazywają matematyką na odwrocie koperty, że jeśli tylko zdobędę ok. ćwierć litra soku z cytryny, takie proporcje będą odpowiednie.
  • Sok udało się zdobyć, bo w parafialnym hipermarkecie mieli akurat półkilogramowe siateczki z napisem „cytryny na sok” i S. przezornie je zakupił. Biada, gdyby były to akurat cytryny na miąższ albo na maseczki regenerujące do twarzy.
  • Koktajl mieszałem łyżką bezpośrednio w dzbanku. Że niekanonicznie? Pozwij mnie.
  • Próba na smak. Dobry whisky sour to wyczuwalny alkohol, słodycz syropu i kwas cytryny. Próbowałem kilka razy i ustaliłem, że pyszka, po czym dla pewności spróbowałem jeszcze kilka razy. Z wyjątkiem jednej szklaneczki, którą sobie wypiłem.
  • A kiedy już wiedziałem, że proporcje są odpowiednie, po prostu wlałem do dzbanka resztę whisky, bo dobrego nigdy za wiele.
  • Newralgicznym punktem był lód, który nie znalazł się na listoniku S., więc mieliśmy do dyspozycji tylko dwie foremki niezbyt trwałych kostek domowej roboty. Aby obniżyć temperaturę koktajlu, przykryłem go alufolią i wystawiłem za okno, bo dzbanek nie mieścił się w lodówce.
  • Reszty się domyślacie. Smakowało wszystkim. A zmagaliśmy się akurat z Atlasem chmur, co okazało się rozwiązaniem średnim.

Dla wielu barmanów i miłośników miksologii ta nudnawa historia może wydawać się horrorem. Nie ma w niej nic, co być powinno: zmrożonych shakerów, miarek i przestrzegania proporcji, krystalicznie przejrzystych kostek lodu od profesjonalnych dostawców, stołków przy barze ani wisienek maraschino.

Jest za to fajna atmosfera i kilka osób, które dodają do ulubionych nową koktajlową pozycję.

6 odpowiedzi do “Klasyczny whisky sour, wersja casual”

  1. Dla pewnych barmanów zaś ta historia jest poezją (z gatunku tych pisanych na kolanie, które dużo później trafiają do podręczników), która pokrzepia nawet serca najbardziej doświadczone sylwestrowymi zmaganiami; gdy akurat niektórzy z nas nie są zajęci pozowaniem do (nieco naciąganych) zdjęć do (znacznie naciąganych) podręczników barmańskich, lecz poświęcają się, ekhm, praktyce, okazuje się, że whisky sour ma tak naprawdę dwa niezbędne składniki: whisk(e)y oraz szczęście, oba tu obecne. A co nadto jest, od Złego pochodzi. Z noworocznymi pozdrowieniami;)

    1. niestety nie mogę się zgodzić w pełni: whisky od dodania szczęścia nie robi się sour :)

    1. Musiałem się w takim razie pomylić. Może to był „Pierwszy krok w chmurach” albo „Atlas przyrody ożywionej południowej Polski”, nie pamiętam. Piłem.

Możliwość komentowania jest wyłączona.