Jak czytać wywiady prasowe

Mój zupełnie pierwszy komentarz brzmiał: „splagiatowali CO!?”. Ale to chyba bardziej złożone

Hurra! Nareszcie się stało! Social media mają kryzys w tradiszynal media. Kilku znajomych dziennikarzy prosiło mnie o szczegóły ze światka, zakładając że jest jakiś światek, a ja jestem jego częścią. Kilku znajomych nie-dziennikarzy prosiło mnie o komentarz warsztatowy, zakładając, że jest jakiś warsztat. Oba założenia były słuszne. W teorii.

Oczywiście sprawa jest gruba, bo ktoś od kogoś spisał, a to nieładnie. Ale przypadkiem trafiło na blogosferę. A tu „poszkodowany” jest największym zwycięzcą całej sytuacji. Jak? To mi przypomina pewną historię.

 

Okradziony zwycięzcą

 

W nastoletnim bodaj toku moich studiów przypadała m.in. 70. rocznica urodzin mojego statku-matki, Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW. Tańców i hulanek było co niemiara, jeszcze więcej hermetycznego humoru , który nie śmieszy nawet nielicznych, którzy go rozumieją (tiszerty z napisem „Od 70 lat mamy kłopoty z kulturą” – widzicie?), msza święta prowadzona przez misjonarza wśród Dzikich. Była też wystawa sztuki ludowej z kolekcji jednego z profesorów. Wystawy w ramach wolontariatu pilnowali studenci i właśnie moja przyjaciółka była jednym z takich białych z Murzynowa, kiedy z wystawy zniknęły dwa świątki, a konkretnie bodaj Matki Boskie Skępskie. Koleżanka chodziła struta przez kilka dni, aż na korytarzu spotkał ją inny profesor, specjalista od m.in. antropologii komizmu i zachowań marginalnych. I on rzekł: – Pani A., niech pani się tak nie przejmuje. Pani się wydaje, że profesorowi P. jest przykro, bo stracił dwie Matki Boskie Skępskie. Ale tak naprawdę on jest bardzo szczęśliwy! Bo ta kradzież oznacza, że te świątki kogokolwiek poza nim w ogóle obchodzą!

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Szarmant, a przez niego blogosfera, są oburzeni i poszkodowani, co ich uszczęśliwia, bo ten kierunek kradzieży własności intelektualnej jest dla blogerów zwyczajnie nobilitujący. Widać blogosfera jest kobietą – jest szczęśliwa, jeśli ma na co zrzędzić. Zysk już jest; przeczytaj sobie splagiatowane fragmenty; sam autor przyznał (w łagodnej formie), że nie są warte złamanego grosza, więc każda odniesiona na nich korzyść przewyższa należność, matematycznie rzecz ujmując, o nieskończoność.

A jaka była strata? Fragmenty o tym, że Edward VIII, skoro był Ósmy, musiał być synem jakiegoś Siódmego Edwarda, nie są warte złamanego grosza z punktu widzenia prasy, bo za publikowanie na blogach nikt nie płaci wierszówki, a gdyby pani sekretarz MaleMena wiedziała, że to jest przeklejone, przekleiłaby sobie sama, z dowolnego źródła.

Pytanie, które dostawałem najczęściej, brzmi: co się właściwie w tej sprawie stało? Wy nie wiecie, a ja wiem, jak odpowiedzieć używając terminologii fachowej, bo poznałem język Mordoru, gdy pracowałem na pewnej Domaniewskiej.

A więc mówię: moim zdaniem nastąpił fakap z dedlajnem, a targety same się nie wyrobią. Dedlajn musiał krzyczeć, skoro tekst nie przeszedł nawet korekty, bo co jak co, ale w MaleMenie, którego ja czytywałem regularnie (za starej ekipy, która odeszła w zeszłym roku) korekta była zupełnie bez zarzutu. I tu jedno mnie zadziwia. Nie można było zwyczajnie powiedzieć: sorry, wysłaliśmy do druku jakiś roboczy tekst, ktoś wziął do łamania złą wersję pliku? Niezależnie od wszystkiego, to byłaby jakaś część prawdy. Jakieś wyjście, przynajmniej wizerunkowo.

Bo w uproszczeniu na pewno wygląda to tak, że ktoś coś zerżnął z Szarmanta, co dla blogosfery oznacza śmierć wizerunku tradycyjnych mediów. A jego gruzy są niezbędne do fundamentów Nowego Wspaniałego Świata mediów, kurwa jego mać, obywatelskich. Tylko gdzie te obywatelskie media są, trudno na razie powiedzieć. I warto zrozumieć, jak działa prasa drukowana.

 

To nie spisek, to kac grafika

 

Prowadziłem przez jakiś czas warsztaty dziennikarskie dla młodzieży, przekonany, że znajomość całościowego procesu wydawania gazety, i to znajomość od podszewki, nauczy młode pokolenie czytania gazet krytycznie, uwzględniając różne czynniki i wszystkie kompromisy, na jakie czasem trzeba iść. Czytelnicy tych kompromisów przeważnie nie znają, dziennikarze znają je tak dobrze, że czasami o nich zapominają. Takim czynnikiem jest dedlajn, wymuszony cyklem wydawniczym albo konkretnym wydarzeniem. Są nim oczywiście stosunki z reklamodawcą, ale o tym blogosfera raczej zawsze będzie zapominać w swoich zestawieniach i płomiennych przemowach. Jest nim błąd drukarski, ludzkie zapomnienie, koleżanka ze studia ma gorszy dzień albo okres, co przeważnie na jedno wychodzi, ktoś dał dupy, jakiś mail – jak tutaj – nie dotarł, albo ktoś inny zawalił swój termin dostarczenia tekstu i zostały dwie strony do zagospodarowania. Albo w ostatniej chwili doszło pół strony reklamy i jakiś tekst trzeba skrócić o trzy tysiące znaków, a zrobienie tego na kolanie to trudna sztuka.

Warsztaty skończyły się zresztą tak, jak skończyć się musiały. Podobały się wszystkim oprócz tych, którzy mieliby dać na nie kasę. Powody wypisałem powyżej, tylko między wierszami.

Czy w tej sytuacji wierzę w media tworzone przez czytelników? Wierzę, tak jak wierzę w św. Mikołaja. Wierzę bowiem we wszystkich świętych, to co mam w jednego nie wierzyć. Ale wiem też, kto mi kupuje skarpetki i dezodorant na gwiazdkę, więc nie czaruję się specjalnie.

Część, jak to się mówi, sprofesjonalizowana, blogosfery już to zresztą zaczyna rozumieć i z czasem coraz częściej będziemy słyszeć te same prawdy, które mówią dziennikarze w obronie swoich pozycji. W skrócie: to skomplikowane.

Bo to jest skomplikowane, ale obecny kryzys skomplkowany nie jest: Roman niczemu nie zawinił poza obnoszeniem się ze swoją krzywdą, która jest tylko formalna. Ale zachowuje się ładnie. Wszyscy inni czemuś zawinili, ale gdyby po ludzku zachowali się ładnie, dawno byłoby po sprawie. A przecież to właśnie im, bo nie poszkodowanemu, zależy, by tę sprawę jak najszybciej zakończyć.

 

 

 

PS. Tak na przyszłość, gdyby ktoś twierdził, że powyższym tekstem dopuszczam możliwość podkradania mi pojedynczych akapitów, bo „sam na tym zyskam”, przypominam: zysk na tym osiągnę robiąc wam trzodę, więc zastanówcie się dwa razy.