Flanela jest z Marsa, Len – z Wenus

W naszym klimacie potrzeba przynajmniej dwóch zestawów ciuchów dopasowanych do pogody. Przydają się też wytyczne, kiedy które wyjąć

15 maja to doskonały początek lata, a w naszym klimacie na pewno lepszy od tych idiotycznych dat w okolicach końca czerwca. Serio, co to za lato, na które trzeba czekać pół roku od sylwestra?

Jestem przekonany, że kiedyś czytałem albo słyszałem o zasadach suwru-wuwru na temat wyjmowania z szafy letnich ciuchów (a potem odkładania ich tam z powrotem). Że niby przed dopiero po jakimś dniu możesz wyjąć z szafy tropikalny smoking albo iść w białej marynarce fresco do plażowego klubu tańczyć na improwizowanym parkiecie. I, o ile pamiętam, pierwszą z tych dat był właśnie 15 maja, a drugą, kończącą sezon – amerykański Labor Day. Oczywiście Europejczycy na pewno też mają swoje daty, dawniejsze i lepsze, bo Europejczycy wszystko mają dawniejsze i lepsze. Oprócz dżinsów. I fordów. I sekwoi. I Indian.

Druga z tych dat jest dla mnie nie do przyjęcia z tego samego powodu, dla którego pierwszą uważam za idealną. W ogóle do zasad mam podejście raczej swobodne, ale zasadę dotyczącą istnienia dni inauguracji i out-auguracji letniej garderoby uważam za wyjątkowo fajną – jest oldskulowa, pomaga trochę się ogarnąć, a przede wszystkim ta konkretna data 15 maja wydaje mi się bardzo polska – taka podług nieba a zwyczaju polskiego.

Żyjemy bowiem w kraju, gdzie klimatów jest co najmniej dwa, pewnie nawet trzy, przy czym trzeci to malutki, tzw. sezon przejściowy. W kraju, gdzie pojęcie „całoroczny” w odniesieniu do ciuchów jest raczej eufemizmem na określenie „do niczego”, niż konkretnym wyróżnikiem.

Lniana marynarka w kratę księcia Walii z błękitnym overcheck (bez podszewki), koszula z oksfordu, okulary z polaryzacją, terenowe auto i piękna żona (kolegi) - czyż to nie wspaniałe wakacje? A zdjęcie jest tegoroczne

Polska leży za daleko na kontynencie; norweskie miasto Trondheim czy nawet islandzki Reykjavik mogą się wydawać od cholery na północ, ale ciepłe prądy zatokowe sprawiają, że zimy są tam naprawdę łagodniejsze niż w Polsce, choć niekoniecznie bardziej nasłonecznione. To samo dotyczy takiego Reykiaviku, który – jeśli kupisz doń bilet na styczeń albo luty – może być celem podróży w ciepłe kraje. Pogodziłem się z tym już dawno i całoroczne miewam jedynie niektóre koszule i buty (od których, zresztą, chyba w tym roku dostałem reumatycznego bólu stóp człapiących po wiecznej zmarzlinie).

Ale dlaczego akurat 15 maja? To już inna moja maksyma. Otóż klimat ma się tak do pogody, jak styl do bieżącej mody, więc moje emocje podobnie rozkładają się w wypadku obu par pojęć. Nie szczególnie kieruję się zatem prognozami: są wspaniałe, naukowe i nowoczesne. Mają mapki, wykresy, animowane chmurki dla estetów, słupki i cyferki dla intelektualistów. Ale, jak przyjdzie co do czego, pozwalają jakiemuś tsunami zmieść z powierzchni ziemi całe miasto zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć słowo „ewaku…”

Na szczęście na naszym najwspanialszym ze światów są też przysłowia i cała tradycja mówienia o pogodzie, ukształtowanego przez lata obserwacji. I chociaż przysłowia mają się tak do mądrości narodów jak, no… jak my się mamy, chociaż wiemy, że „jak na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz, albo go ni ma”, to jednak większość przysłów i określeń, począwszy od nazw miesięcy i tezy że w marcu jak w garncu, a skończywszy na wrześniowym babim lecie i zależności między Barbórką a świętami Bożego Narodzenia, raczej się sprawdza, niż nie.

A jedno z takich przysłów mówi o piętnastym maja, że to zimna Zośka, ostatni dzień, kiedy chłody mogą jeszcze atakować.

I bez trudu potrafię wymienić kilka majówek, które boleśnie o tym przypomniały. Więc, o ile nie traktuję tego jak niełamliwej maksymy, i już dwa tygodnie temu w dwudziestosiedmiostopniowym ciepełku posuwałem po mieście w znalezionych naprędce espadrylach, moja garderoba była do dziś zasadniczo zimowa. Nawet gwałtowne ochłodzenie Ogrodników („Pankracy, Serwacy, Bonifacy, źli na ogrody chłopacy” – 12-14 maja) byłem w stanie przechodzić jeszcze we flanelach, by dzisiaj wyciągnąć lny i luźne sploty wełen, barwne mokasynki samochodowe, espadryle i sandały.

Bo zima i lato są jak dwie strony tej samej monety. Zimą wszystko jest bardziej wysublimowane i bardziej refleksyjne. To zima jest do ubierania się. To wtedy masz możliwość bawić się kontrastami wzorów i faktur, zestawiać jedwabny krawat z lnianą poszetką, grać mięsistą, lekko włochatą powierzchnią swetra wobec nieco połyskliwej, mięciutkiej flaneli klap marynarki. To zimą prezentujesz barwy skarpetek i to, jak się pięknie naprzemiennie uzupełniają sztywne filce kapeluszy i filuterne miękkie draperie tweedowego kaszkietu. Zimą w dobrze natłuszczonych skórzanych butach za kostkę przemierzasz, nisko podnosząc stopy, codzienny metraż swoich dni w kopnym śniegu albo irytującej plusze, zamawiasz pieczone mięsa z sosami, popijasz ciężkimi czerwonymi winami i myślisz o tym, że kiedyś wróci czas treningów i dbania o linię.

A lato jest po to, żeby się kreatywnie rozebrać. Może nie od razu że na stogu siana, choć pamiętam, jak kiedyś… Raczej by być gotowym, by wrzucić coś na siebie, lekko, trochę dalej od ciała, trochę mniej pod szyję. Nie ja jeden zwykłem rezygnować na lato z krawata, a jeśli już, to zostawać przy knicie. Nie ja jeden czasem rozpinam koszulę na dwa-trzy guziki, choć to podobno nieeleganckie i ohydne, za neckwear na kilka miesięcy przyjmuję najczęściej szaliczki, za to poszetki jak kwiaty do słońca zakwitają w moich brustaszach. Nie ja jeden zamawiam potrawy z czterech składników, w tym trzech pomidorów, bruschetty, makarony aglio, olio e pepperoncino popijam białymi winami i śledzę ruch bąbelków w rześkim vinho verde.

I wtedy, kiedy drzewa mają już liście, a potem kwiaty, a potem pierwsze owoce, wtedy naprawdę potrafię lato, nie Polskę zobaczyć. Dlatego dziś wyjmuję lniane koszule, białe spodnie, a nawet – o zgrozo – ćwiczył będę szorty do marynarki. I niech sobie wulkany z Islandii przynoszą lipiec chłodny i deszczowy, dla mnie nastał czas cieszenia się życiem na powietrzu i wśród ludzi, a czy będzie owocny – to raczej od ludzi, nie od powietrza zależy.

7 odpowiedzi do “Flanela jest z Marsa, Len – z Wenus”

  1. Ale dziś jest zimno. Jestem w golfie i bawełnianym kardiganie z kołnierzem szalowym… a rankiem naszła mnie myśl czy nie narzucić na to jeszcze płaszcz.
    Co do zimy-czasu elegancji to w sytuacji dzisiejszego centralnego ogrzewania zgodzić się nie mogę. Człowiek ubiera się, jak Pan Bóg i zdrowy rozsądek nakazuje, na cebulkę i póki nie wchodzi do pomieszczeń jest idealnie, ale jak tylko przekroczy próg większości wnętrz, zrzuca z siebie wszystko w mgnieniu oka i nawet w t-shircie może być gorąco.
    Czy kolega na zdjęciu to Szczepan Twardoch? Jeżeli tak to — klnę się na Nemezis! — coś jest ze mną nie tak, skoro rozpoznaję pisarza po buraczkowych/bordowych spodniach.

  2. Kolega na zdjęciu to ja i moje spodnie, dodajmy, że w moim rozmiarze :)

    Co do cebulek – właśnie po to są, żeby zrzucać jedną warstwę po drugiej, jeśli potrzeba. Dziś jest zimno, bo to Zimna Zośka, od jutra ma się ocieplać, choć z początku nieśmiało, a weekend daje szanse na przyzwoitą pogodę. Znaczy – meteorologowie nadążają za mądrością ludową :)

  3. Czytając artykuł przypomniało mi się przysłowie o polskim klimacie: „Do świętego Ducha nie zdejmuj kożucha, a po świętym Duchu chodź nadal w kożuchu”

  4. Cóż, smutna prawda jest taka, że przysłowia są mądrością narodów, które nie mają żadnej innej mądrości…

  5. Znałem to powiedzenie (chociaż nie potrafię z pamięci powiedzieć, z kogo to cytat, a autor jest chyba znany), ale niekoniecznie z nim sympatyzuję. Jaką w ogóle mądrość mają narody? Przysłowia są mądrością narodów w tymsensie, że są historycznie wypracowanym dziełem bez określonego autora, jak muzyka ludowa czy tradycyjna kuchnia. Ale nie są mądrością narodów w sensie dewizy, bo takiej mądrości narody jako takie nie mają. A gdyby nawet miały, to Polacy na przykład byliby narodem słynącym pracowitością, bo przecież „uczciwością i pracą narody się bogacą”, a „ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka”.

  6. Prognozy pogody trzeba oglądać ale z głową;)

    W rzeczywistości nie liczy się to, co pokazują te słupki, chmurki i wykresiki leczto co mówią Panie i Panowie, którzy tę pogodę nam wykadają. Zazwyczaj prognoza pogody zaczyna się od tego jak jakiś Pan w niezbyt pasującej do prognozy pogody muszcze albo Pani z długimi nogami mówi, że nad Polskę nachodzi takie a takie powietrze. Proponuje na to zwrócić uwagę gdyż to jest najważniejszy czynnik kreowania pogody w Polsce. Na przykład powietrze zwrotnikowe kontynentalne w lecie przynosi susze i bardzo wysokie temp. natomiast zwrotnikowe morskie w zimie przynosi ocieplenie i opady, a „zimni ogrodnicy” to również efekt napływu powitrza, tyle, że w tym momencie nie pamiętam jakiego.

    http://www.mojapogoda.com/leksykon-meteorologiczny/masy-powietrza.html

    Na dole strony znajduje się bardzo ładna tabelka.

    Pozdrawiam,
    Przemek M.

  7. E tam, ja mogę sprawdzić w internecie, mam na wyświetlaczu smartphona też. Zasiadanie przed telewizorem i czekanie w napięciu na prognozę pogody zostawiam moim rodzicom, dla mnie to przeżytek i strata jakże cennego czasu.

Możliwość komentowania jest wyłączona.