Ebooki a życie rodzinne

O e-czytnikach dla nie-nerdów, czyli jak (prawie) przestałem kochać druk

Pisałem już tutaj i tutaj (dwa razy? To wygląda na obsesję!), że książki na papierze są fajne. Można robić z nimi dużo rzeczy, które chętnie prezentuję na Instagramie: okładać je w papier, robić glosy, zakładać, niszczyć przez używanie, wreszcie – nosić pod pachą, ukazując światu tytuł jako rodzaj intellectual (over)statement. Piszę o tym tak chętnie, bo – jak to zwykle bywa – mój nastrój jest dokładnie przeciwny. Mam w domu dość papieru i ślubowałem kilka lat temu kupować go jak najmniej. Dopiero ostatnio wykonałem kolejny krok: wszedłem w posiadanie (jak to ze mną – kupiłem byłoby słowem na wyrost) normalnego czytnika ebooków. Starego kindle’a konkretnie. Dzisiaj podzielę się z wami doświadczeniami w tym obszarze; widać ciągle jeszcze jestem konserwatystą, skoro drzemie we mnie chęć pisania czegoś, co wszyscy dokoła już od lat wiedzą.

No dobra, może lekko przesadzam. W zeszłym roku pod patronatem „Biblioteki Analiz” (ale na zlecenie e-sklepu Virtualo i kilku innych podmiotów) wydano raport, z którego wynika, że 200 tys. czytelników w Polsce korzysta z e-czytników. Z tego trzy czwarte – amazonowych „kundli”. Niestety w badaniach jako e-czytnik zakwalifikowane były też tablety ze zwykłymi wyświetlaczami LCD, LED, OLED, AMOLED czy LGBT, co jest moim zdaniem równie mądre, jak w raporcie o stanie kości piszczelowych Polaków uwzględniać tych, którzy mają plastikową protezę nogi. W obu przypadkach liczby nie są zbyt istotne dla wyniku, ale metodologiczny niesmak pozostaje.

Dlaczego? Bo jeśli e-książka, to tylko e-tusz, co potraktuj, proszę, jako pierwszą poradę praktyczną w tym tekście. Dla niewtajemniczonych: technologia e-papieru (po angielsku e-ink) polega na takiej konstrukcji wyświetlacza, w której dany piksel tworzony jest właśnie za pomocą specjalnej cieczy, którą się wypełnia, a nie polaryzacji światła. Żadne podświetlenie w ogóle nie bierze w tym udziału, co jest wielką ulgą dla oczu. Czytając z ekranu, praktycznie bez przerwy świecisz sobie prosto w oczy. Nie pochwalałaby tego twoja mama ani twój okulista (chyba że płacisz mu za godzinę), ale kto by tam słuchał mamy albo lekarzy. Najważniejsze jednak, że w pewnym momencie odkrywasz prostą relację między naświetleniem oka przed snem a możliwością uśnięcia. Podpowiedź: korelacja jest odwrotna; organizm na widok światła prosto w oczy myśli „hura, słoneczko!” i już zbiera siły, żeby tyrać lub hasać. W pewnym wieku, który osiągnąłem, sen ma znaczenie, jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi.

Tymczasem e-papier nie potrzebuje podświetlenia, żeby działać. Możesz użyć wbudowanej w okładkę lampki, zwykłej lampki łóżkowej, światła z okna, czegokolwiek. Nie masz problemu z kontrastem, typowego dla ekranika komórki, który usiłuje konkurować z lipcowym słońcem. Nowsze modele czytników mają podświetlenie wbudowanę w obudowę ekranu – niby świeci jak komórka, ale jednak do twoich oczu dociera światło odbite od ekranu. Jeśli lubisz czytać do nocy, twoja żona pokocha tę funkcję.

I właściwie głównie dla niej (funkcji, a pośrednio i żony) przerzuciłem się na czytanie z ekranu. Przy pewnym zagęszczeniu życia rodzinnego, takim jak dzieciory pakujące się do łóżka, tylko bezsenność ratuje czytelnictwo. Co jest w zasadzie ok, bo przy pewnym zagęszczeniu życia rodzinnego masz do wyboru tylko formę bezsenności (tym bardziej warto się starać o te trzy godzinki, których uszczkniesz w nocy), a wyspać się możesz w delegacji. Gorzej, że aby bezsenność pozostała twoim azylem, musisz uważać, żeby nikogo nie obudzić. Książka z wbudowanym podświetleniem naprawdę pomaga.

Nie zamierzam w podobnie rozbudowany sposób argumentować każdej kolejnej korzyści z tego ustrojstwa. No więc na szybko, w punktach:

  • Jednoręczna obsługa, włącznie z przewracaniem stron
  • Dostawa w książek w kwadrans – i nawet drony mogą ci polatać
  • Dużo dużych książek na raz pod ręką. Jasne, że nie potrzebujesz mieć wszystkich zawsze, ale możliwość wyboru z dwóch-trzech to praktyczna okoliczność
  • Oszczędność na każdej książce. Średni czytelnik e-booków czytał w ubiegłym roku 250 książek rocznie. Jeśli na każdej zaoszczędził 5 choć złotych (nie zdołałem niestety dotrzeć do danych, jak to się ma do średniej – ale jest realne), to rocznie odłożył na dwa nowe czytniki wysokiej klasy. Albo sześć butelek szesnastoletniej lagavulin w oficjalnej cenie dystrybutora
  • Biblioteka w kieszeni. Kiedy przychodzi do ciebie ekipa przeprowadzkowa, siadasz na korytarzu, czytasz ebooka i patrzysz, jak męczą się z fortepianem

No i ja właśnie w kwestii tej biblioteki w kieszeni. Książki zdobią, książki zaświadczają, książki nigdy cię nie zdradzą. Ale jestem, razem ze wspomnianym zagęszczeniem życia rodzinnego, w miejscu, w którym jedna z trudem odrestaurowana biblioteczka wystarczy.

– Czy ty masz jakiś problem z Conradem? – zapytała mnie dzisiaj rano moja ukochana niania Marysi.

Faktycznie, dzieła wszystkie Conrada, siedemnaście tomów PIW-u w granatowym płótnie, mówi samo za siebie. Kiedy uporządkuję resztę makulatury, obok Conrada i kilku albumów, zamiast obecnych pozycji, stanie (nie przeprowadzony jeszcze od rodziców) mój ukochany słownik Doroszewskiego i trzydziestotomowa Wielka Encyklopedia PWN, co będzie tak snobistyczne, że już się rumienię. Takie biblioteczki zniknąć nie mogą i nie znikną, a Conrad dalej będzie na swoim miejscu, przysparzając mi takiego prostego problemu, że jeszcze nie całego go przeczytałem.

W tym oczywiście żaden czytnik nie pomoże, bo kwestia jest zupełnie poza czytnikiem. Jeśli Conrad mógł napisać swoje dzieła wszystkie, to ja prędzej czy później mogę je przeczytać, dajmy czasowi czas. Jest za to jeden ficzur, którego na liście korzyści nie wymieniłem: zen.

Kiedy zastanawiałem się, jaki czytnik sobie kupić (a jestem typem zastanawiacza i pewności nie mam do tej pory – dlatego nie kupiłem), robiłem między innymi sondę na temat czytników z systemem Android. Nie chodziło mi o aplikację do fejsa ani o pogodę, ale o Pocketa: jedną z najlepszych apek, jakie znam, pozwalających zapisać artykuł do przeczytania później i wyświetlający go w sposób, od którego oczy nie wypadają z pudełka. Uznałem, że mając taką aplikację na czytniku, czytałbym więcej i lepiej.

Bzdura! Pocket ma ważną funkcję, o której mówi się rzadko i źle, a powinno często i dobrze: filtruje treści. Jeśli zostawiasz coś do przeczytania na później, a po pół roku dalej masz w nieprzeczytanych, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć znaczy, że tekst sam się zepchnął z listy. Mam w pockecie ważne analizy stanu wojny na Ukrainie z wiosny 2014, prognozy cen ropy na wiosnę 2015. Pierwsze zapowiadały wielkoskalową interwencję po 9 maja, być może nawet czołgi w Kijowie, na pewno upadek Mariupola, drugie – powrót ceny BRENT do stu, a nawet wzrost do stu trzydziestu dolarów. Ale żałuję, że nie przeczytałem ich na czas.

Gorzej, że razem z Pocketem na Androida, wpuściłbym na swój czytnik możliwość zainstalowania aplikacji do fejsa, milionów powiadomień, prognozy pogody i (u mnie czterech) nieszczęsnych wiecznie synchronizowanych kont pocztowych. A to one są właśnie powodem, dla których czujesz, że czytasz za mało książek. Oczywiście, kiedyś nie było kundli i też czułeś, że czytasz mało. Ale dzisiaj, przez znajomych z podstawówki lubiących twoje nowe profilowe, nie robisz nawet tych rzeczy, które cię wtedy odciągały od lektury. Opłacało się zamieniać?