Dostojnie i nie na miejscu

Tabuny tuzów blogują o męskiej elegancji już tak długo, że miałeś czas nauczyć się kupować marynarkę z głową. A jednak…

Przekopałem ostatnio do najpierwszego wpisu całe archiwa galaktyki i czułem się trochę jak na planie filmu Cela, tego z cudowną Jennifer Lopez. Chodziłem po zakamarkach własnej pamięci, nie mogąc uwierzyć, że wydarzenia miały właśnie taką kolejność, że przytaczałem anegdoty, których już nie pamiętam (a moja pamięć to najdziwniejsza przestrzeń poza światem), że pewne rzeczy, które wydawały się tak ważne, dzisiaj mają zero istotności i odwrotnie – że pewne rzeczy, które wydawały się tak ważne, dziś w dalszym ciągu są ważne – czasem po pięciu latach. Bo logiczne byłoby mieć je już za sobą.

Nie pamiętam na przykład – za cholerę nie pamiętam – tej czarnej marynarki, o którą narobiłem tyle hałasu pięć lat temu, wrzucając ją do kubła na używaki. Myślałem, że pięć lat później, zasługą moich szacownych kolegów, męskich szafiarek i niestrudzonych popularyzatorów, już nie tylko blogów, ale i podkastów, wystaw haemu i wysypki salonów krawiectwa MTM – że dzięki nim wszystkim ci wszyscy, coraz mniej młodzi, mężczyźni wciąż mogą borykać się z problemem źle dopasowanych kołnierzyków, złej długości rękawów czy ciuchów kupionych bez pomysłu, a noszonych z powodu wyrzutu sumienia. A jednak.

Żeby nie było, trzy zastrzeżenia:

1. Nie mam kontaktu z niczym co się pisze na temat. Na magazyny ilustrowane dla mężczyzn nie mam czasu; z blogami jest lepiej – na te nie mam ani czasu, ani ochoty. Z mojej skromnej wiedzy wynika na przykład, że w dalszym ciągu nikt nie mówi mężczyznom o istotności koloru ubrań z punktu widzenia upstrzenia ich pysków, a ciągle dominuje tylko narracja, że orły są szare, a papugi pstrokate.

2. Moja refleksja nad tym nie posunęła się ani krok naprzód, bo stylistą ani modelem nie byłem ani nie jestem. Mój główny obszar specjalizacji ostatnio to tzw. DGAF wear, który ćwiczę wychodząc do przedszkola z moimi dziewczynkami, a następnie jedząc w domu samotnie makaron przed klawiaturą, jak jakiś zawszony freelancer, którym jestem w połowie.

3. Odzieżowy minimalizm, który postulowali wszyscy i zawsze (w tym ja), to jest u mnie taki pieprzony hardkor, że jeśli kiedyś usłyszycie o nowym zawodzie odzieżowego psychiatry, możecie być pewni, że to ja i moje neurozy wykreowaliśmy tę profesję.

To rzekłszy postanowiłem coś napisać, i podziękujcie za to jak zawsze niezastąpionemu F., który w odzieżowe tarapaty pakuje się seryjnie, jak Bruce Willis w kolejnych częściach Szklanej Pułapki. Ot, taki gość, który zawsze znajdzie się w niewłaściwym momencie w niewłaściwej przebieralni. Przez czas, kiedy ja i Wy ostatnio się nie widzieliśmy na łamach „Smaku Nabytego”, F. dostał poważną pracę (ja taką miałem raz, w 2007, ale słusznie po pół roku mnie wywalili) i zaczął nosić na co dzień poważne marynarki do chinosów, co oczywiście wystarczyło, żeby zaczął uchodzić za człowieka obytego z dobrą garderobą. Nie drwię, skądże znowu – po prostu warto zdać sobie sprawę z prostoty tego mechanizmu.

F. bywa rzeczywiście dobrze ubrany, co zabawnie nicuje nasze relacje, kiedy przychodzi na piwo w marynarce, a ja w bluzie z kapturem. W ogóle przemiana stylistyczna F. nadawałaby się na akcję bifor and after, gdyby nie to, że dobry reality show tego typu powinien mieć dynamikę Breaking Bad, a ten ciągnął się raczej w tempie Dynastii. Oczywiście tak jest lepiej. Zresztą mniejsza o to.
Na scenę wchodzi marynarka. Naprawdę ekstrawagancka marynarka. Granatowa prawie czarna, w delikatny prążek, który kiedyś w dobrym tonie było nazywać tenis. Zresztą szczegółów już nie pamiętam, gdyż rekomendacja agencji ratingowej Bociąga, wydana jeszcze przed odcięciem metki, brzmiała: wypierdolić. Zanieść do sklepu razem z paragonem, wsunąć kartę do terminala i poczekać na storno resztek godności.

F. kupił marynarkę, bo robiła wielkie wrażenie. Opisując ją, mogę przebierać w godnościowych epitetach jak w ulęgałkach. Była elegancka. Była szykowna. Była wręcz majestatyczna.

– OK, a teraz wyobraź sobie, jak ją ubierasz.

Tak, wiem że mówi się „wkładasz ubranie”, ale ubranie też się ubiera. Trzeba do niego dobrać koszulę, spodnie, buty. Czasem nawet krawat. To wszystko da się zrobić, ale czy w twoim życiu będzie miejsce na sytuacje, kiedy zakładasz, a potem ubierasz, granatową prawie czarną marynarkę w tenis? Czy za pół roku, odkrywszy, że w ogóle nie nosisz tej imponującej – także skalą przeceny – marynarki , dokupisz do niej u Zacka tkaninę na spodnie i z marynarki, której nie nosisz, zrobisz garnitur, którego nie będziesz nosił? Przestawisz się nagle, tylko z jej powodu, na pozbawione deseniu, ciemne koszule? Albo wariant maksimum: „mam już smoking, podpowiedzcie, gdzie można go nosić” – piszą czasem po internetach początkujący dandysi, level rookie. Na to na szczęście F. jest za duży. Zresztą chyba nigdy nie był w tym wieku.

Jedna z najmądrzejszych rzeczy, które usłyszałem o ekonomii, brzmi: „nigdy nie jest za późno, żeby wycofać się z nieopłacalnej inwestycji”. Jeśli dobrze ubrani ludzie zaczną patrzeć na ciuchy od strony funkcjonalnej: jak on pasuje dla mnie i do mojego życia, to problem podwójnych kołnierzyków i całej tej pozostałej popapranej „klasyki z twistem”, pozbawionej uzasadnienia funkcjonalnego, powinien rozwiązać się rykoszetem.

Co napisawszy, zakładam aksamitną marynarkę w kolorze kardynalskiej purpury, którą od pięciu lat miałem na sobie trzy razy, i idę sobie chlapnąć na miasto.