City break na sierpień: msza w prawdziwym Il Gesù

Po co zwiedzać zabytki architektury na sucho? 

Mój pierwszy pobyt w Rzymie był doświadczeniem naznaczonym abstrakcją. Zaproszony byłem na study tour, zorganizowany przez urząd zajmujący się promocją turystyki przyjazdowej do Włoch. Ale celem study touru była Toskania, a w Rzymie trzymali nas tylko dlatego, że taniej zakwaterować ludzi w hotelu bliżej lotniska.

Właściwej, toskańskiej atrakcji turystycznej nie jestem niestety w stanie zarekomendować. Była nią jazda historycznym pociągiem po historycznej linii kolejowej, ale Włosi, będąc Włochami, nie byli w stanie przekonać mnie, że to wyprawa warta kilkudziesięciu euro.

Pewnie swój udział miał w tym fakt, że Włosi, będąc Włochami, sprowadzili dziennikarzy z całego świata (byli i Japończycy), żeby zorganizować konferencję prasową po włosku i wręczyć włoskojęzyczne ulotki dotyczące jakiegoś treni istorici. Nie żeby byli to Francuzi, uważający, że każdy cywilizowany człowiek powinien mówić po francusku. Co to, to nie. Po prostu Włosi, będąc Włochami, są zbytnio Włochami, żeby nie mieć tego w dupie.

Ale istotą abstrakcyjnego samopoczucia w Rzymie był fakt, że… cholera, jestem w Rzymie. Siedzieliśmy z jednym z polskich agentów turystycznych w kawiarni przy Placu Weneckim i piliśmy jakieś obrzydliwie włoskie, ale dobre espresso. Jeśli ktoś nie rozumie, w jaki sposób architektura może być narzędziem opresji, niech koniecznie zobaczy pomnik Wiktora Emanuela, który spogląda w perspektywę głównej ulicy Wiecznego Miasta z marmurowego cokołu, tak potężnego, że wygląda jak twierdza. Mina króla Włoch mówi jasno: „Jestem królem miłościwym, ale zróbcie mi tu jakąś Komunę Paryską, a rozpierdolę tę budę”. Gdyby ustawić dwa działa po prawicy i lewicy królewskiego posągu, możnaby zmieść z powierzchni ziemi całą ludność Rzymu zrewoltowaną na jedynej ulicy, na której w tym mieście da się wznieść barykady. Takie pomniki wystawiają swoim władcom miłujące ludy.

Za plecami Wiktora Emanuela leży Rzym prawdziwy, kikuty majestatycznych kolumn perypterów ledwo wystające z ziemi, otoczone murem świadectwa pierwszego prawdziwego imperium, strzeżone przez nawet nie strażników, ale brzuchatych, siwych bileterów. Koloseum widać jak na dłoni, jest w zasięgu spacerów. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– To niesamowite.
– Też o tym pomyślałem.
– A o czym?
­– Że to tu naprawdę jest. Widziałem milion ujęć, tak wiele, że nie wierzyłem w istnienie tego naprawdę.
– To niesamowite.

 

fot. Chirho/GFDL/Commons
Po prostu tam jest. fot. Chirho/GFDL/Commons

Wrażenie niesamowitości musiało mnie nie opuszczać, kiedy przechodziłem koło jednego z kościołów. W Rzymie mijasz milion kościołów. – O, a ten wygląda jak Il Gesù – pomyślałem.

Zaraz zaraz, jestem w Rzymie. Widziałem wiele kościołów wzorowanych na Il Gesù, ale ten może być prawdziwy. I był.

Kiedy Marcin Luter, trochę niechcący, zapoczątkował reformację, sprawy wymknęły się spod kontroli. W ciągu pokolenia Kościół pozbierał się jednak jakoś, a jednym z wyrazów tego pozbierania były nowe kadry. Na ich czele – św. Ignacy de Loyola. Męski święty na dziś, przeprowadził kontrofensywę kontrreformacji na tyle skutecznie, że lewacy do tej pory trochę się go boją, choć było to w drugiej połowie XVI wieku. Chyba jeszcze w XX wieku straszono nim dzieci. Coś mi mówi, że za czterysta lat PO nie będzie już straszyć wyborców Kaczyńskim, co oznacza, jak sądzę, że de Loyola był jednak od Kaczafiego lepszy.

W Il Gesu przemyślni jezuici umieścili lustro do robienia sobie selfie. Odkryłem też, że za jego pomocą można obejrzeć sklepienie bez bólu szyi #lifehack
W Il Gesu przemyślni jezuici umieścili lustro do robienia sobie selfie. Odkryłem też, że za jego pomocą można obejrzeć sklepienie bez bólu szyi #lifehack

Jezuici postawili na nową identyfikację wizualną, a właściwie nie tyle wizualną, co multimedialną. W czasach, kiedy protestanci zwolna dochodzili do wniosku, że nabożeństwo jest kontaktem ze Słowem, a chleb – symbolem (i odwracali ławy kościelne w kierunku ambony, zamiast stołu ofiarnego), kontrreformacja poszła w przeciwnym kierunku; z nikim nie negocjowała, nie „otwierała się na alternatywne prawdy”, nie przyznawała częściowych racji. Eucharystia była misterium, i misterium miała pozostać. Kazania w kościele były dyskusją, którą Kościół podjął z opóźnieniem. Ale w dyskusji element show jest równie istotny, co argumenty. A co dopiero w misterium Przemienienia! Dlatego kościół nowych czasów miał być przestrzenią teatralną, robiącą wrażenie na prostaczkach i na inteligencji, pokazującym chwałę ziemskim językiem bogactwa, z akustyką, oświetleniem i wszystkimi narzędziami ekspresji pracującymi na chwałę Pana.

I taki właśnie jest Il Gesù, wybudowany w latach 70. i 80. XVI wieku według projektów Giacoma Della Porty i Giacoma Vignoli. Że co, widziałeś milion takich fasad? Na pewno, ale ta była pierwsza i wzorcowa.

Cztery i pół wieku później nastąpił kolejny punkt zwrotny – koło kościoła przechodziłem ja. Akurat to była niedziela, kręciła się karuzela, wszedłem, msza właśnie się zaczynała. Była co prawda po włosku, ale dobrego kaznodzieję poznam w każdym języku. Projektanci graficzni wiedzą, co to dummy tekst – akapity, które wyglądają jak prawdziwy język, ale nie znaczą nic. Dzięki nim oko widzi układ tekstu, ale nie skupia się na treści zawartych w nim słów.

Na spacer do kościoła w Rzymie warto zarezerwować sobie poranek. Pierwsza msza jest o ósmej; idąc na nią spacerem, zobaczysz Rzym, który już za trzy godziny będzie przykryty ludźmi i pojazdami. Wiem, żaden to widok Wiecznego Miasta, jeśli nie upiększają go vespy i Gregory Peck i Audrey Hepburn. Ale zza autokarów z Japończykami naprawdę niewiele widać.