Celebrity deathmatch

Mężczyzna, który ma 300 par butów kontra mężczyzna z poszetką upiętą agrafką. Obaj na brustaszę mówią butonierka

Lubię dopieszczać (rosnące!) grono moich czytelników częstymi notkami, które już snobistycznie zacząłem określać jako felietony. Już miałem więc dzisiaj uszyć coś „z głowy, czyli z niczego”, ale tę znamienitą pustkę mogę zostawić sobie na lepszą okazję, bo oto w sukurs przyszło mi czasopismo lajfstajlowe marki „Sukces”. Dodatek do Rzeczpospolitej (może serwują go także osobno, a do Rzepy jest w prenumeracie – nie badałem) przynosi wywiad z samym Robertem Kozyrą, znanym jako Człowiek o Trzystu Parach Butów. Redaktorem naczelnym pisma zaś (a w każdym razie autorem wstępniaka, pszaszam, Edytorialu) jest sam Bartosz Węglarczyk, eksredaktor Wyborczej i prowadzący Dzień Dobry TVN, co wiem jako wierny widz testów konsumenckich podpasek i zabawek dla trzylatków.

To zestawienie zaciekawiło mnie niezwykle, bo pamiętam odcinek telewizji śniadaniowej (link zawdzięczam czytelnikowi Kubie), w którym Kozyra wystartował z rękami do Węglarczyka. Oczywiście nie chciał mu dołożyć, a jedynie, w geście koleżeńskiej samopomocy, pokazać nowoczesny i au courant sposób składania poszetki. „Bo to się w ogóle nie tak teraz nosi…”. Chwycił więc koniuszek Węglarczykowej chusteczki, pociągnął i… wywinął kieszeń na lewą stronę, jednocześnie błyskając do kamer agrafką, która spajała misterną konstrukcję. Jak mawiali radiowi komentatorzy sportowi, „jaka szkoda, że państwo tego nie widzą!”.

Ja jednak widziałem i pamiętam, pamięta też Węglarczyk, który we wstępniaku (pszaszam, Edytorialu) zachowuje zdystansowany entuzjazm ucznia, który zaraz przerośnie mistrza, tylko wcześniej zje obiad i odrobi lekcje:

Robert Kozyra mnie fascynuje. To człowiek, który (…) wyśmienicie się ubiera, ma doskonały gust (…). W tym numerze Robert opowiada o tym, co to znaczy być eleganckim. Zrobiłem sobie skrupulatne notatki, obiecuję pracować nad sobą. Co do sposobu upinania chusteczki w butonierce nie do końca sie co prawda z Robertem zgadzam, ale w oczy mu tego nie powiedziałem, bo się bałem.

Zderzenie jest piękne: upięta na agrafkę sprezzatura walczy tu o lepsze z ostentacyjną skromnością człowieka, który co prawda ma osobny średniej wielkości pokój na marynarki, ale nie chwali się tym w mediach częściej, niż musi, czyli góra pięć-sześć razy w miesiącu.

Czy to przystojne? Jak przy każdej okazji wyzłośliwia się jeden z moich przyjaciół, „z byciem damą (tu: dżentelmenem) jest jak z byciem imperium – jeśli musisz przypominać, że nim jesteś, to nim nie jesteś”. Jednak sprezzatura Kozyry jest godna podziwu, nawet jeśli za kontrolowanymi przeciekami na Plotku stoi wynajęty spec od personal marketingu (a nie sądzę, by tak było). Naturalnie i z uśmiechem zbywa pytania o buty i koszule, pytania, które sam każe sobie stawiać. Węglarczyk w tym sporze też nie ułomek: pół Polski widziało agrafkę, ale sam fakt, że komuś – jak mi – chce się to komentować też jakoś tam świadczy na jego korzyść.

I tylko ta cholerna „butonierka” nie daje mi spokoju. Nie dlatego, że moja neurotycznie uporządkowana natura nie znosi mylenia pojęć. Może raczej dlatego, że każdy, kto jakiegoś obcego języka liznął, powinien wiedzieć, że angielska buttonhole i francuska butoniere odoszą jednoznacznie do dziurki na guzik w klapie marynarki i trochę słabo, że ludzie – bądź co bądź – wykształceni (a niektórzy nawet zapewne inteligentni) nie odczytują jako cudownego zbiegu okoliczności, że taka właśnie dziurka znajduje się na klapie marynarki i że to zapewnie ona na nazwę butonierki zasługuje. A może dlatego, że mężczyzna powinien jednak dawać dowód, że wie co robi, a zatem wie jak się nazywa narzędzie, którego używa?

A może zwyczajnie dlatego, że oto widzę, że nie mam koncesji – i żaden z was nie ma – na prawdę i mądrość, którą tak wzruszająco chwaliłem się w poprzenim felietonie. Bo ile by razy nie napisali jak jest koryfeusze eleganckiej blogosfery, a ja za nimi w szarym końcu, Kozyra ostentacyjnie będzie latał pierwszą klasą po świecie, zamawiał customowe ohydne trampki u Prady, a na poszetkę w brustaszy mówił chusteczka w butonierce, a my, w swoich norkach, będziemy cierpliwie realizować marzenia o przemknięciu, choćby bocznym wejściem, na jakieś Pitti Uomo albo inny pokaz Toma Forda w Paryżu i przypominali, że chusteczka, zwana też poszetką jest w kieszonce, zwanej też brustaszą, ale nigdy w butonierce, ludziom, którzy z zamiarem zakupu poszetki noszą się dłużej, niż Kozrya z zamiarem kupienia trzysta pierwszej pary butów. Dzisiejsza lekcja stylu jest lekcją pokory.

4 odpowiedzi do “Celebrity deathmatch”

  1. Zauważ przy tym, że wcale się Węglarczyk tej agrafki nie wstydzi – „co do sposobu upinania chusteczki w butonierce […]” – a więc pozostał przy pomyśle, że upinać ją należy. To się nazywa konsekwencja i niezłomność!

    Poza tym, oczywiście, masz rację. Prawdziwi CEO kupują garnitury w H&M.

  2. Ostatni akapit bardzo celny. Wszyscy jesteśmy trochę napięci, bo nie mamy możliwości robić tego z takim luzem jak Ci, którzy nie muszą się napinać :) If you know what I mean :P
    …co nie zmienia faktu, że chusteczka w butonierce bardzo boli :P

  3. Witam,
    jestem wlascicielem zdjecia Roberta Kozyry ktore Panstwo umiesciliscie bez mojej wiedzy i zgody. W takim razie czekam na kontakt Panstwa ze mna w drodze wyjasnienia. Dla udowodnienia ze jestem jedynym wlascicielem tego zdjecia posiadam jego oryginal.
    Licze na kontakt w dobrym stylu.
    Pozdrawiam
    Dawid Dyból

Możliwość komentowania jest wyłączona.