Dwa portrety

Przyzwoite ciuchy, które nie krzyczą „jesteśmy makabrycznie drogie!” nadal mają w Polsce za mało adwokatów

Po kilku trochę zakręconych tygodniach mam wreszcie czas na nadrobienie paru zaniedbanych lektur. Na szczęście MaleMen nie zniknął w międzyczasie z toalety.

No, skoro pierwsze dwa zdania mam już za sobą, mogę sobie pozwolić na krótką dygresję. Zawsze trzymam lektury w toalecie, zwłaszcza czasopisma, ale także zbiory felietonów, aforyzmów (pełne wydanie Leca zajęło mi jakiś czas) i w ogóle wszystko, co podzielone jest na względnie krótkie moduły tekstowe. Praktyka trzymania lektur w toalecie powoduje wzburzenie głównie u osób, które z literami na co dzień nie mają szczególnie do czynienia, i zrozumienie tych pozostałych. Po latach odkrywam, że niektórzy szczególnie związani z kulturą pisma znajomi przeglądają przy „okazji” spis moich lektur, co w jakiś śmieszny dla mnie, ale sympatyczny sposób wzbogaca nasze relacje.

Ale do tzw. adremu. Mimo pewnych (obawiałem się nachalniejszych) zmian w czasopismie od czasu odejścia Krzysztofa Miękusa ze stanowiska wydawcy, dalej warto przynajmniej od czasu do czasu rzucić okiem na MaleMena, w którym fajna jest większość rzeczy mimo koszmarnie obciachowego tytułu. Miło jest myśleć, że istnieją prócz mnie na rynku prasy i inne osoby, dla których mężczyzna  nie znaczy góra mięsa z kieszenią na najnowszą komórkę. Czytelnicy modelowi Playboya, mam wrażenie, z klasyków literatury znają tylko Clarksona.

Obiecywałem adrem, ale niesforna myśl zdryfowała. Oto on. Do grona bohaterów tego czasopisma dołączyli w pierwszym wydaniu ostatniego (według Majów) roku m.in. dwaj artyści: artysta aktor Dziędziel Marian i artysta muzyk Stańko Tomasz.

Kierowca autobusu na Ibizie, prywatnie – mistrz od Smarzowskiego

Dziędziel, przez całe życie pokorny mistrz drugiego planu, jest zasłużenie prze-znanym ostatnio aktorem, jego siwowłosa obecność jest zaś conditio sine qua non każdego przyzwoitego filmu (teraz, kiedy to napisałem, Wajda weźmie go pewnie na złość do kolejnej ekranizacji lektury), u Smarzowskiego i nie tylko. Autor zdjęć do tekstu, Michał Szlaga, postanowił (lub się postanowiło za niego) uwiecznić to przejście przy użyciu sesji zdjęciowej na Ibizie. Na zdjęciu otwierającym tekst stoi więc Dziędziel na Ibizie, pod palmą, między lazurem basenu a lazurem oceanu. Stoi, a na sobie ma buty pokładowe z haemu (z kategorii tanich), spodnie z haemu, z kategorii tanich, oraz własną kurtkę i torbę, w którą się na tę Ibizę spakował. I, przysięgam, od pasa w górę wygląda jak kierowca autobusów, starych ikarusów z harmonijkowymi drzwiami, którymi to autobusami jeździłem do podstawówki. Taka torba zawierała zawsze oldskulowy szklany termos, przeważnie czerwony, z pożółkłą, acz białą, pokrywką-kubkiem, pokrytą zaciekami herbaty.

A na następnym zdjęciu dziędziel, w tym samym u dołu, ale w marynarce klubowej i białej koszuli, piękny, ale zupełnie inny, już nie-Dziędziel, może aktor, ale jednak rysów nie okłamał, jednak jego niskobudżetowe pochodzenie nie da się zamaskować marynarką, jak nie ukryje swojego niemal górniczego pochodzenia Artur Rojek, kilka miesięcy wcześniej sfotografowany dla MaleMena z czarną obwódką wokół oczu i ostrymi, nieprzyjemnymi rysami człowieka, naznaczonego ciężkim znojem górniczego lajfstajlu i surową estetyką hałd, kominów, rolad i familoków. Świetny aktor założył strój milionera-dandysa na Ibizie, ale go nie zagrał, może nie wiedział, że ma zagrać, że musi odmienić coś w sobie, nie wiedział, że ten strój to rola. A w granatowej wiatrówce, z polskim wąchem, zagrał siebie, był sobą, skromnym człowiekiem, który dziwnym uporem dotrwał do swojej szansy i teraz, na Ibizie ma trochę dłuższy dzień, by w świetle południowego słońca kontemplować absurdalne z pozoru koleje ludzkiego losu.

A kilka stron dalej jest Tomasz Stańko, artysta słusznie sławiony jako jeden z najciekawiej ubierających się polskich mężczyzn, nie przez jakość kroju czy tkanin, ale przez styl, który budował przez całe pełne sukcesów życie, w drugiej połowie tego życia w świetnych ciuchach czujący się jak ryba w wodzie, czyli zaprzeczenie Dziędziela. Ale też ubrany w sieciówce, w Zarze dla odmiany. I tylko podpis: buty – własność bohatera zdradza w nim herosa stylu, a nie studyjnych stylizacji, bo takie buty, balmorale z zamszową cholewką na guziczki, naprawdę prędko się w Zarze nie pojawią. I czytam tego MaleMena, któremu o Stańce nawet nie chciało się napisać, tylko wrzucili jakiś losowy tekst – o ironio – o tym, że od zawsze lubił się dobrze ubierać, o tym, jak wpisuje się w długą tradycję świetnie ubranych jazzmanów (bez wzmianki o Tyrmandzie – nie wiem, czy godne to szacunku za nieszablonowe myślenie, czy pogardy – za tak koszmarne przeoczenie) i nie wiem, co skłoniło kogoś do przebierania Tomasza Stańki do zdjęć, jakby się sam ubrać nie umiał. Oczywiście, tak naprawdę wiem, o co chodzi, jeśli nie wiadomo o co chodzi, ale na takiej płaszczyźnie głębszej, gdzie nie liczy się parę złotych, a MaleMen na pewno paru złotych nie musi liczyć, gdyby nie chciał, to dalej nie wiem.

Nie mówię, że to złe stylizacje, bo ta zła nie jest. Tylko po co stylizować Stańkę?

A na następnej stronie „MaleMen best dressed man by H&M” obiecuje talon do sieciówki na kwotę, za którą nawet nie ma się co nastawiać na zakupy, i to obiecuje ładnemu chłopcu w trampkach, który przyśle swoją stylizację do redakcji. I on, dla odmiany, ani nie jest sobą, bo niby co to znaczy i kim miałby być, ani wzorcem osobowym, ani nawet ciekawostką, bo co to za ciekawostka z haemu. Ani adeptem elegancji, bo takich nie kieruje się na lekcję do sieciówki; to demoralizujące.

I jestem zadowolony, bo utwierdza mnie to w przekonaniu, że styl to coś, co ma się w środku, a nie coś, co ma się na sobie, tylko raczej w jaki sposób się to ma. Ale jestem też niezadowolony, a nawet nieszczęśliwy, bo jeśli MaleMen żyje dyktatem sieciówek z nisko-średniej półki i ludzie, którzy wiedzą, że Wojaczek to nie imię bohatera komiksów Marvela, tylko taki komunikat na temat ubrań dostają, a mężczyźni prawdziwie zamożni w swoich „Sukcesach” i, nie wiem, „Panach” mogą poczytać tylko o płaszczach za sumy pięciocyfrowe, zresztą mają z takimi pismami kontakt pewnie tylko w poczekalni u fryzjera, to ja już nie wiem, co dalej i chyba jakiś thinktank naprawdę jest tu potrzebny.

Co rzekłszy, idę się upić w zadumie, a Pan, Panie Stańko… Ubierz się Pan jakoś normalnie.

O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.