Pedały z AK…

…czyli o tym, jak współczesne czasy odzwyczaiły nas od męskiego okazywania uczuć

W Poczcie Mammadzi Polskich nie zdążyła jeszcze na dobre wyblaknąć karta posła Grodzkiej, a już dziennikarstwo znalazło sobie nowego-starego androgyna w osobie hm. Tadeusza Zawadzkiego, którego ksywka Zośka wzięła się właśnie od kobiecych cech fizjonomii. Z otchłani kanonu lektur szkolnych wyciągnęła go na łamach Gazety Wyborczej doktora z PAN-u Elżbieta Janicka, „odczytując na nowo”, czyli „dekonstruując” fragment Kamieni na szaniec, opisujący scenę spotkania Zośki z Rudym:

Wziął moją rękę w swoją dłoń i trzymał mocno. Mówił: Tadeusz, ach Tadeusz, gdybyś wiedział…. Skarżył się na ból i mówił: Tadeusz, jak rozkosznie, jak przyjemnie… . (…) Jęczał z bólu, jednocześnie mówiąc, jak jest szczęśliwy i jak jest rozkosznie. Na chwilę zasnął. Koło 12 Janek obudził się, zawołał mnie, kazał usiąść obok siebie i uścisnąć serdecznie. Te chwile wynagradzały nam wszystko. Potem opowiadaliśmy sobie nawzajem jeden przez drugiego, a bliskość nasza była dla nas prawdziwą rozkoszą. Wreszcie kazał mi się położyć obok siebie, objął mocno głowę i zasnął (…). Mówił, że już będziemy szczęśliwi, że będziemy wreszcie mieszkać razem, że pojedziemy na wieś, gdzie w lecie spędzaliśmy dwa niezapomniane, szczęśliwe dni. (…) Gdy byliśmy razem, przyjemność mu sprawiało, gdy trzymałem go za ręce lub gładziłem ręką po głowie. Rozmowa była wtedy była otwarta, szczera i żaden z nas nie krył wtedy swojej niewysłowionej radości i przyjaźni

No dobra. Tak na dzisiejsze to brzmi faktycznie mocno homoerotycznie. Z pomocnym komentarzem przychodzą, jak zawsze comme-il-faux, Młodzi Wykształceni z Wielkich Ośrodków, których sugestia, że zawłaszczani przez katolicko-narodowy dyskurs Rudy, Zośka i Aleq byli osobami heterosceptycznymi, tworzyli Sekcję LGBT Armii Krajowej i dali dowody na ukrywany homopozytywizm obozu narodowego, zasługuje chyba niestety na coś więcej niż pusty rechot.

Z drugiej strony barykady jednak nie jest lepiej, bo cała dyskusja, przynajmniej na płaszczyźnie, na jakiej ją poznałem, kończy się na NIE-I-JUŻ i obronie bohaterów poprzez zasłanianie ich własną piersią. Bełkot kontra niemożność argumentacji – to jest spór, w którym trudno się odnaleźć.

Zapewne rzecz, którą napisałem powyżej, podzieliła już moich czytelników na dwa obozy: tych, którzy wszystko dawno wiedzą i tych, których ona w ogóle nie interesuje. Co jest w tym ciekawego dla bloga o mężczyznach?

Jeśli cokolwiek, to to, że od pokolenia kolumbów zmieniły się u nas bardzo formy męskiej przyjaźni i wydaje mi się, tak na zdrowy, chłopski, ale nieco wszak uzwojony rozum, że to gigantyczna pułapka (dżenderowa pułapka, dodam zjadliwie), w którą wpadła Janicka.

Dlatego pytam: czy pani doktor zna taką oto dykteryjkę? „Kiedy mężczyźni się bardzo lubią, wyzywają się nawzajem od chujów, ale tak naprawdę nie mają tego na myśli. Kiedy kobiety się nienawidzą, mówią sobie najpiękniejsze komplementy, ale tak naprawdę nie mają tego na myśli”. Zna pani? Pewnie tak.

To jest dzisiejsza męska przyjaźń. Kiedy N. w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdżał w 2004 roku do Londynu (to wtedy żegnaliśmy go parodią goth-party, z którego zdjęć nie chcieliście oglądać na facebooku), wszyscy żegnali go ciepło, z życzeniami powodzenia i szybkiego powrotu. Tylko K., lekko wstawiony, kazał mu wypierdalać i nie pokazywać się więcej na oczy i po tym poznaliśmy, że naprawdę będzie mu brak przyjaciela.

Rudy i Alek wychowani byli w innym świecie, w innym wzorcu męskości. W tym, w którym można przyjaciela trzymać za rękę (a zwłaszcza kiedy się go odbiło z transportu między katowniami Gestapo) i mówić mu szczerze o swoich uczuciach. I jeśli uważacie, że tamten świat był światem wymoczków, myślę, że powinniście jeszcze raz zwiedzić Pawiak.

Żeby nie było niejasności: nie uważam tych dwóch światów za skontrastowane ze sobą wzorce, raczej za dość odległe punkty pewnego kontinuum – od rycerzy-pięknisiów, którym strojenie się w atłasy i zaczytywanie w romansach nie przeszkadzało w makabrycznym zadawaniu śmierci bronią białą po dzisiejsze durne rozgraniczenie stereotypów: że jak się jest zadbanym i daj Boże nie śmierdzącym, to trzeba też być wymoczkiem znad kawusi w Starbuniu i odwrotnie – że z rozwiniętą klatką piersiową nie warto się zjawiać w bibliotece. Bo tak chyba te stereotypy dziś działają.

A działają tak – i tu uwaga, bo wieszczę! – przez urlop tacierzyński. Czy, jeśli wolicie, przez brak Powstania Warszawskiego. Przez zanik silnych i jednoznacznych wyróżników, co jest męskie, a co takie nie jest. Kiedy mężczyzna różnił się od kobiety tym, że nie niańczył dzieci, że jako jedyny przynosił do domu pieniądze i jako jedyny brał udział w polityce – nie musiał się już różnić tym, że – w przeciwieństwie do żony – nie używa perfum, a buty kupuje raz na dwa lata i nosi aż mu się rozpadną.

Mógł wyznawać miłość przyjaciołom, których kochał, bez obawy, że jakaś Janicka z obrzydliwą wyrozumiałością godną najgorszych neptków uzna go za geja.

Siedem lektur apokalipsy

Nevil Shute On the Beach

Lista lektur, które przygotują cię na (nienadejście) końca świata

Oczywiście trzeba być kretynem, żeby wierzyć w koniec świata 21 grudnia. Żeby w ogóle móc brać pod uwagę, że akurat amerykańska cywilizacja na poziomie ledwo ponad epokę kamienia łupanego wiedziała coś, czego wiedzieć nie może nikt. Amerykanie są tu uprzywilejowani, bo jako mieszkańcy tego dziwnego kontynentu uważają Majów za swoich – ale importowanie tego przekonania do Europy to już siara na poziomie krawata do kołnierzyka na guziczki albo uważania bourbona za jedynie słuszną whiskey.

Jednak do pewnych spraw zawsze warto wracać, wróćmy więc na chwilę do tematu książek – i filmów – poświęconych apokalipsie. Co prawda najbliższy termin już za dwa dni, ale na lekturę masz jeszcze kupę czasu. Spokojnie – świat się nie kończy.

Obóz świętychObóz świętych (Jean Raspail, Le Camp des saints, 1973)

Z perspektywy pisania o apokalipsie „Obóz świętych” to prawdziwe tchórzostwo. Dotyczy on bowiem końca tylko jednego świata: białych chrześcijan, ludzi Zachodu, byłych panów świata, których niemal dosłownie zaleje transport imigrantów z Subkontynentu Indyjskiego. Wiadomo: wizja wyniosła i napuszona, nieznośna dla stu procent lewaków i ledwo strawna dla tych spośród prawaków, którzy niezbyt komfortowo czują się w roli elfa: istoty z natury szlachetnej, ale skazanej na efektowną porażkę. A jednak warto Raspaila poczytać choćby dlatego, że uważa on monarchizm za formę dandyzmu (a to ostatnie słowo, głównie źle rozumiane, przyspiesza bicie serca każdego prawdziwego szarmanta). Poza tym powiedzmy sobie szczerze: jak często możesz poczytać teksty o wykwintnym żariciu i piciu, które wyszły spod pióra francuskiego arystokraty z kilkusetletnim rodowodem?

Ekranizacja: nic, o czym bym wiedział

 

 

Ludzkie dzieciLudzkie dzieci (P.D. James, Children of Men, 1992)

Koniec ludzkości już witał się z gąską, gdy wtem… Od kilkudziesięciu lat samice homo sapiens z niewyjaśnionych, acz raczej metafizycznych przyczyn nie zachodzą w ciążę. WTEM! brzemienna niewiasta jednak się objawia. Ciężarna nastolatka musi być bezpiecznie przetransportowana w miejsce, gdzie będzie mogła powić Nowego Człowieka. Miły, niezbyt hardkorowy klimat postapokaliptycznego społeczeństwa i ciekawe obserwacje autorki, która miała w życiu trochę wspólnego z polityką – była m.in. urzędniczką w Home Office, czyli brytyjskim MSW.

Ekranizacja: Clive Owen to jeden z najprawdziwszych (co do urody) mężczyzn w Hollywood, dlatego filmy z jego udziałem zawsze są warte uwagi. Oraz Michael Caine w roli podstarzałego Johna Lennona (wizja, w której autor Imagine dożywa starości, jest dla mnie sama w sobie nieco apokaliptyczna, ale Caine zawsze spoko).

 

 

Droga Cormac McCarthyDroga (Cormac McCarthy, The Road, 2002)

U Cormaca nie ma miękkiej gry. Nigdy. Jednak świat po apokalipsie to jeden z trudniejszych światów (co wie zapewne każdy, kto grał w niekomputerowe RPG). Trudniejszych chyba także dla pisarza – jak napisać na serio książkę o zagładzie ludzkości, jeśli jest się autorem ocierającym o literackiego Nobla? Życie u Cormaca jest brutalne, ale ma sens i cholernie warto przeczytać nawet książkę o apokalipsie, żeby ten sens poznać.

Ekranizacja: W zasadzie liryczna wizja wędrówki mężczyzny z synem przez niemal opustoszały świat, ale jeśli naprawdę nienawidzisz horrorów, po kilku scenach możesz znienawidzieć i mnie za tę rekomendację.

 

Ostatni brzegOstatni brzeg (Nevil Shute, On the Beach, 1957)

Tymczasem w Australii… już wiadomo, że chmura radioaktywnego pyłu dotrze nad kontynent w najbliższym czasie i że koniec ludzkości jest tylko kwestią czasu. Ale przecież jesteśmy Australijczykami, więc będziemy się do siebie uśmiechać i pożyczać sobie rower do końca świata i o jeden dzień dłużej. Mimo tego wszystkiego możliwe, że to jedna z najsmutniejszych książek świata.

Należała ona do gatunku tych wpływowych, kiedy ukazała się w czasach zimnej wojny. Być może cały program redukcji uzbrojenia strategicznego sporo jej zawdzięcza. My w każdym razie zawdzięczamy jej unikatową koncepcję postapokaliptycznej powieści obyczajowej. Bez zombie, przykro mi.

Ekranizacja: a nawet dwie, ale jedna z nich (1959) zawiera Gregory’ego Pecka i Freda Astaire’a. Zgadzamy się, że tego nie można przegapić?

 

 

Autostopem przez GalaktykęAutostopem przez galaktykę (Douglas Adams, The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy, 1979)

Ziemia zostaje w mgnieniu oka zniszczona przez kosmicznych budowniczych transgalaktycznej autostrady właśnie kiedy Artur Dent kończy myć zęby. Ziemianie w zasadzie mogliby się ubiegać o planetę zastępczą, ale widać nie zasługują, skoro ogłoszenie o wyburzeniu wisiało w urzędzie gminy na Alpha Centauri od kilku stuleci, a nikt nawet nie pofatygował się sprawdzić, czy coś w ich sprawie nie wisi na tablicy ogłoszeń.

Jeśli myślisz, że ta wizja to szczyt nonsensu, z pewnością nie wiesz wszystkiego o Douglasie Adamsie, który „Trylogę w pięciu częściach” napisał jako słuchowisko dla radia BBC w późnych latach 70. W kategorii satyr wyśmiewających tragedie ludzkości to właśnie dzieło Adamsa gra w pierwszej lidze z Paragrafem 22 i skeczamy Monty Pythonów o Francuzach.

Ekranizacja: Na szczęście – tak. Na szczęście – dopiero w 2004 roku. W stylistyce iPoda i nostalgii za wczesną MTV. Główny bohater (jedyny rozbitek ze zniszczonej Ziemi) podobno został potem Hobbitem, doktorem Watsonem i Rembrandtem.

 

 

Darwinia RC WilsonDarwinia (Robert Charles Wilson, Darwinia, 1998)

Rok 1912. Europa znika, a w jej miejscu pojawia się pierwotna puszcza. Nie wyrasta, ale właśnie pojawia się: wszystkie gatunki roślin i zwierząt obce są ludzkiej nauce, ale co ciekawsze, pod powierzchnią ziemi kryją się archeologiczne ślady obcej ludziom historii, jakby to, co nagle się pojawiło, było na tym miejscu od zawsze. Do Anglii wracają z kolonii poddani i z trudem karczują dżunglę nad Tamizą, by wznieść od zera Nowy Londyn, a w głąb kontynentu ruszają ekspedycje badawcze.

Polskie wydanie książki w 2000 roku wyprzedziło o kilka lat dyskusję tzw. kreacjonistów z ewolucjonistami, a na dodatek zrobiło to w wielkim stylu. Książka jest mocno nierówna, ale to kawał hard SF, które zostawia po sobie ślad.

Ekranizacja: to byłoby coś. No, chyba, że by nie było. Na przykład sławne rodzeństwo (d. bracia) Wachowscy mogliby wydać trylion dolarów na zepsucie takiego scenariusza.

 

 

BONUS! 28 dni później (reż. Danny Boyle). Unikatowy film. Unikatowy, bo powstał w 2009 roku i nie jest ekranizacją ani sequelem (o ile wiem). Unikatowy, bo będąc filmem o zombiakach, nie pretenduje do miana taniej popularnej komedii. W czasach, kiedy większość horrorów przyjęło zasadę „przez żołądek do serca”, ten stara się tak jakby od drugiej strony – ma coś z głową.

28 dni później

Skyfall: superagent konserwatystą

James Bond w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości doczekał pięćdziesiątki w znakomitej formie

Jeśli dziś piątek, a w dodatku 26 października, to mężczyźni w Polsce dzielą się na dwie połowy: tych, którzy zastanawiają się nad losami Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz tych, których troską jest to, jak wypadł nowy film o Bondzie.

Podobno nie ma czegoś takiego jak mniejsza i większa połowa, ale mam szczerą nadzieję, że ci pierwsi są wśród was w znakomitej mniejszości. Mam dla was tylko jedno przesłanie zanim, niezainteresowani Bondem, porzucicie lekturę: Boniek czy Kręcina, nic to nie zmieni.

fot. Forum Film Poland

Dla pozostałych mam prawdę o zmianach znacznie ciekawszą: cytat z Lampedusy – wiele się musi zmienić, by wszystko zostało po staremu – James zinterpretował w mistrzowski sposób.

Przywykliśmy już, że filmy o przygodach 007 były tylko tłem, przeważnie pretekstową fabułą dla pokazania świetnie wykreowanego bohatera, kawałka dekoltu Bond girls i panoram bezkresnych pokoi hotelowych.

Jednak reality shows zmieniły kino z korzyścią dla niego i dla widzów. Okazało się, że każde show potrzebuje nieco reality. Odnajdź kawałek rzeczywistości w ekranizacji komiksu, a komiks okaże się kawałkiem większej rzeczywistości – badacze mitów od Mircei Eliadego po Frederica Jamesona (i dalej) wiedzieli to chyba kilka lat przed scenarzystami filmowymi z Hollywood.

Przełomem w takim postrzeganiu Bonda był ostatni film z Brosnanem, Die another day. Ale w tę konwencję, jak zresztą w każdą, trzeba wejść odważnie, a kwadratowa szczęka Craiga, zaciętego kibola ze stadionu w Manchesterze (stangreta, jak w kategoriach bondowskich nazywa go S.), dała właścicielom najbardziej dochodowej kinowej postaci Hollywood potrzebną odwagę. Brakowało tylko jakiejś większej myśli stojącej za fabułą. Do dzisiaj.

Dodajmy dla porządku: Skyfall to nie Tinker tailor soldier spy, film nie jest małomówny, zimny ani pozbawiony złudzeń. Paradoksalnie ma więcej z komiksów niż jego poprzednicy, a osobie nieznającej genezy superagenta mógłby się wręcz wydać ekranizacją jednego z nich. Czy to minus? A czy minusem są cytaty z wcześniejszych filmów, od Czasu apokalipsy do – wybaczcie – Kevina samego w domu?

Czy w ogóle minusem jest osadzenie filmu z intelektualnymi ambicjami w niepoważnej wszak konwencji kina szpiegowskiego? Bond dalej jest agentem typu zabili go i uciekł i oglądając go jako film zabijacko-napadalski trudno odnaleźć w nim ucztę duchową. Jednak jest zarazem dość wrażliwym esejem o naszej cywilizacji i nowym głosem w znudzonej od dekady dyskusji o roli Zachodu w wojnie z terroryzmem – a to wszak całkiem dużo.

fot. Forum Film Poland

W przeciwieństwie do Cassino Royale, w Skyfall mniejsza o to, z kim nowy Bond sypia, z czego strzela i czym ściga złych. Ważne, że superagent nabiera nowej tożsamości. A może odzyskuje ją? W filmie kilkakrotnie to właśnie inni, ludzie z jego otoczenia, przedstawiają się za niego. Przypominają mu o tym, kim jest albo o tym, że to on jest w ludziach, których spotyka, a cząstka tych ludzi jest w nim samym.

Bo takiego przypominania potrzebuje każdy z nas. Sam dla siebie, ale też dlatego, że jesteśmy czymś więcej, niż jednostkami, że stanowimy społeczeństwo, a to naprawdę wymagająca rola. A do tego stanowimy je nie od dziś, mamy swoją przeszłość, której elementem jest opactwo w Westminster, rezydencja na szkockiej prowincji, etos wierności ludziom i ideałom i takie tam.

Brzmi patetycznie? Trudno.

Nie wymyśliłem sobie tego patosu. Jeśli czytacie różne recenzje w poszukiwaniu odpowiedzi, czy wizyta w kinie nie będzie zawodem, wiecie już, że nowy Q jest dwudziestokilkuletnim informatykiem, który kończy w Q-branch epokę wybuchających długopisów.

Ale może nie wiecie, że 007 ma dwóch kwatermistrzów, a ten drugi wyposaża go w nóż i obrzyna, bo pewne sprawy najlepiej załatwiać sprawy po staremu. Dwóch ma też Bond przełożonych – jednego ufającego w starą dobrą robotę w terenie, a drugiego – w technokratyczne metody nowego świata.

Dwóch jest w końcu samych Jamesów Bondów – komandos w szarym garniturze i krawacie w neutralny wzorek, wtapiający się w tłum zaludniający londyńskie metro i sierota z przeszłością, przedmiotami otoczonymi sentymentem i supermanowską fortecą samotności. Kiedy i siła, i technologia zawiodą, to właśnie w tej spuściźnie Bond znajdzie oparcie.

Fantastyczną rolę odegrała Judi Dench. Jako szefowa wywiadu jest M, ma’am, mamą i Emmą, na zmianę damą, Żelazną Damą i damą w potrzebie. Darem niebios był dla mnie Albert Finney – kto widział Dużą rybę, a do tego ma nie do końca przepracowany stosunek do własnego ojca, wie dobrze, dlaczego widok tego aktora jest zawsze kojący.

I przede wszystkim Javier Bardem – Anton Chigurh, pułkownik Killgore i Joker w jednym (nie byłoby Skyfall bez Mrocznego rycerza) – w nowym laboratorium na nowej Crab Key Island świetnie pokazuje, jaki jest Dr. No naszych czasów.

fot. Forum Film Poland

Reszta to rozróba, wybuchy i fabuła wymagająca jednak zawieszenia niewiary, którego zresztą warto dokonać. W kinie jak w życiu – panuje inflacja. Kiedyś do filmu akcji wystarczyło porwanie dla stu tysięcy dolarów okupu. Dziś trzeba wysadzić dwie metropolie, a i kwoty oczekiwane przez terrorystów urosły o kilka zer. W końcu zresztą i tak wszystko wybucha.

Kiedy w Batman begins amerykańska posiadłość Wayne’ów w Gotham obraca się w ruinę, panicz Bruce bez wahania decyduje się odbudować ją tak, jak wyglądała, cegła po cegle. Brytyjczyk Bond powiedziałby w tej sytuacji: nigdy nie lubiłem tego miejsca, bo wie, że materialna substancja składająca się na to, kim jesteś, nie jest najważniejsza dla przetrwania.

Ale kiedy trzeba, sarkastycznie rzuca o swoim przywiązaniu do ojczyzny, bo jako cyniczny pięćdziesięciolatek jest świadom, że innego końca świata nie będzie niż ten, którego doświadczamy (albo już mamy go za sobą). Dlatego jego zawód określamy jako intelligence, a nie brute force.

Nie daję gwiazdek filmom, zresztą nigdy na tych łamach ich jeszcze nie publikowałem, ale w skrócie podsumuję rzecz następująco: w skali historii kinematografii Skyfall nie jest może wiekopomnym arcydziełem, ale – jak na film akcji – daje dużo do myślenia i w półwiecznych dziejach filmów o Bondzie jest kamieniem milowym. Bo w Anglii – tradycyjnie – dystans wyraża się w milach.

Celebrity deathmatch

Mężczyzna, który ma 300 par butów kontra mężczyzna z poszetką upiętą agrafką. Obaj na brustaszę mówią butonierka

Lubię dopieszczać (rosnące!) grono moich czytelników częstymi notkami, które już snobistycznie zacząłem określać jako felietony. Już miałem więc dzisiaj uszyć coś „z głowy, czyli z niczego”, ale tę znamienitą pustkę mogę zostawić sobie na lepszą okazję, bo oto w sukurs przyszło mi czasopismo lajfstajlowe marki „Sukces”. Dodatek do Rzeczpospolitej (może serwują go także osobno, a do Rzepy jest w prenumeracie – nie badałem) przynosi wywiad z samym Robertem Kozyrą, znanym jako Człowiek o Trzystu Parach Butów. Redaktorem naczelnym pisma zaś (a w każdym razie autorem wstępniaka, pszaszam, Edytorialu) jest sam Bartosz Węglarczyk, eksredaktor Wyborczej i prowadzący Dzień Dobry TVN, co wiem jako wierny widz testów konsumenckich podpasek i zabawek dla trzylatków.

To zestawienie zaciekawiło mnie niezwykle, bo pamiętam odcinek telewizji śniadaniowej (link zawdzięczam czytelnikowi Kubie), w którym Kozyra wystartował z rękami do Węglarczyka. Oczywiście nie chciał mu dołożyć, a jedynie, w geście koleżeńskiej samopomocy, pokazać nowoczesny i au courant sposób składania poszetki. „Bo to się w ogóle nie tak teraz nosi…”. Chwycił więc koniuszek Węglarczykowej chusteczki, pociągnął i… wywinął kieszeń na lewą stronę, jednocześnie błyskając do kamer agrafką, która spajała misterną konstrukcję. Jak mawiali radiowi komentatorzy sportowi, „jaka szkoda, że państwo tego nie widzą!”.

Ja jednak widziałem i pamiętam, pamięta też Węglarczyk, który we wstępniaku (pszaszam, Edytorialu) zachowuje zdystansowany entuzjazm ucznia, który zaraz przerośnie mistrza, tylko wcześniej zje obiad i odrobi lekcje:

Robert Kozyra mnie fascynuje. To człowiek, który (…) wyśmienicie się ubiera, ma doskonały gust (…). W tym numerze Robert opowiada o tym, co to znaczy być eleganckim. Zrobiłem sobie skrupulatne notatki, obiecuję pracować nad sobą. Co do sposobu upinania chusteczki w butonierce nie do końca sie co prawda z Robertem zgadzam, ale w oczy mu tego nie powiedziałem, bo się bałem.

Zderzenie jest piękne: upięta na agrafkę sprezzatura walczy tu o lepsze z ostentacyjną skromnością człowieka, który co prawda ma osobny średniej wielkości pokój na marynarki, ale nie chwali się tym w mediach częściej, niż musi, czyli góra pięć-sześć razy w miesiącu.

Czy to przystojne? Jak przy każdej okazji wyzłośliwia się jeden z moich przyjaciół, „z byciem damą (tu: dżentelmenem) jest jak z byciem imperium – jeśli musisz przypominać, że nim jesteś, to nim nie jesteś”. Jednak sprezzatura Kozyry jest godna podziwu, nawet jeśli za kontrolowanymi przeciekami na Plotku stoi wynajęty spec od personal marketingu (a nie sądzę, by tak było). Naturalnie i z uśmiechem zbywa pytania o buty i koszule, pytania, które sam każe sobie stawiać. Węglarczyk w tym sporze też nie ułomek: pół Polski widziało agrafkę, ale sam fakt, że komuś – jak mi – chce się to komentować też jakoś tam świadczy na jego korzyść.

I tylko ta cholerna „butonierka” nie daje mi spokoju. Nie dlatego, że moja neurotycznie uporządkowana natura nie znosi mylenia pojęć. Może raczej dlatego, że każdy, kto jakiegoś obcego języka liznął, powinien wiedzieć, że angielska buttonhole i francuska butoniere odoszą jednoznacznie do dziurki na guzik w klapie marynarki i trochę słabo, że ludzie – bądź co bądź – wykształceni (a niektórzy nawet zapewne inteligentni) nie odczytują jako cudownego zbiegu okoliczności, że taka właśnie dziurka znajduje się na klapie marynarki i że to zapewnie ona na nazwę butonierki zasługuje. A może dlatego, że mężczyzna powinien jednak dawać dowód, że wie co robi, a zatem wie jak się nazywa narzędzie, którego używa?

A może zwyczajnie dlatego, że oto widzę, że nie mam koncesji – i żaden z was nie ma – na prawdę i mądrość, którą tak wzruszająco chwaliłem się w poprzenim felietonie. Bo ile by razy nie napisali jak jest koryfeusze eleganckiej blogosfery, a ja za nimi w szarym końcu, Kozyra ostentacyjnie będzie latał pierwszą klasą po świecie, zamawiał customowe ohydne trampki u Prady, a na poszetkę w brustaszy mówił chusteczka w butonierce, a my, w swoich norkach, będziemy cierpliwie realizować marzenia o przemknięciu, choćby bocznym wejściem, na jakieś Pitti Uomo albo inny pokaz Toma Forda w Paryżu i przypominali, że chusteczka, zwana też poszetką jest w kieszonce, zwanej też brustaszą, ale nigdy w butonierce, ludziom, którzy z zamiarem zakupu poszetki noszą się dłużej, niż Kozrya z zamiarem kupienia trzysta pierwszej pary butów. Dzisiejsza lekcja stylu jest lekcją pokory.