Macaroni Tomato: człowiek, który stał się marką

Ze scenarzysty stał się sprzedawcą, a przy okazji, na małą skalę, ikoną stylu. Dziś bloger Wojciech Szarski uroczyście otwiera swój butik w Warszawie

Wojtek Szarski mija kolejne kamienie milowe udanej kariery blogera

Blog Wojtka Szarskiego nie ma największej liczby użytkowników w polskim internecie. Nie ma go co porównywać do co popularniejszych szafiarek, ale nawet w mikrym świecie męskich blogów o modzie nie wiedzie pod tym względem prymu. A jednak to jemu przyznano rok temu pierwszego w historii konkursu Oskara Fashion dla blogerów, a ostatnio to on trafił na drugie miejsce najbardziej wpływowych blogów modowych według mięsięcznika branży mediów „Press”. Dodajmy: w klasyfikacji generalnej, czyli łączonej z damskim przemysłem blogerskim.

Scenarzysta bloga

Droga do tego trwała trzy lata. A może dłużej? W kwietniu 2009 roku pod adresem macaronitomato.blogspot.com pojawił się pierwszy wpis. – Dlaczego? Bo klasyczne męskie ubranie jest moim hobby. Lubię o nim rozmawiać, ale nie bardzo mam z kim – napisał Szarski, wtedy jeszcze anonimowy Macaroni Tomato. A w drugim wpisie dodawał: – Najważniejsze to przybliżyć czytelnikom stylową Warszawę.

Szarski przyjechał do stolicy kilka lat wcześniej. Pracował jako scenarzysta dla Akson Studio, pisał scenariusze seriali, a ubieraniem nie interesował się wcale. Do czasu. – Znasz tę drogę – opowiada dzisiaj. – Najpierw myślisz, że marynarka to fajna rzecz i warto dać jej szansę. A później czytasz o krawcach i tym wszystkim i w końcu decydujesz, że warto odłożyć parę groszy na pierwsze zamówienie.

Blog założył niemal równocześnie. Drugi wpis nosi tytuł „Blogplany” – znak, że Szarski może nie przykładał się do wymyślania dobrych nagłówków, ale gdzieś z tyłu głowy miał świadomość, że to rozpisany na lata projekt. Nie wiedział tylko, gdzie go ten projekt doprowadzi doprowadzi. Wiedział, że chce szyć i pisać o szyciu, startował od zera, jak jego czytelnicy.

Kształcenie oka

Jeszcze w kwietniu tego samego roku Macaroni napisał swoim czytelnikom, co to jest sprezzatura (włoskie inspiracje zostaną z nim na zawsze, a on przekształci je w coś na kształt maksymy), a sam zamówił pierwszy garnitur – w Gest Modzie u Mazurczaka i Trzaski. Pewnie dzisiaj nie chciałby, aby te zdjęcia trafiły do szerokiego obiegu. Na szczęście i tak nikt nie lubi zdjęć z obciętą głową. W podsumowaniu zamówienia Szarski napisał: – Gdybym zamawiał garnitur jeszcze raz, nie zmieniłbym nic. Zmienić miał tymczasem prawie wszystko. Nawet fotografie pierwszego zamówienia nie pokazywały tak naprawdę garnituru: nie ma zdjęć z opuszczonymi rękami, nie pokazują proporcji ani detali marynarki. W Polsce nie było wtedy jeszcze ruchu bespoke, więc któż miałby je oceniać? To właśnie Szarski, a raczej blog Macaroni Tomato, właśnie stwarzał ten ruch.

Książki, anglojęzyczne fora, stosunkowo mało zamówień i dużo myślenia o zamówieniach. Teorie, porady, archiwalne zdjęcia. Bardzo krótki flirt z odtwórstwem historycznym lat trzydziestych, które kusi dzisiejszych elegantów. Krótkie wpisy o modzie ślubnej, okolicznościowy na początek roku akademickiego, coś dla młodych widzów. Szarski kształtuje oko: najpierw po taniości, przez zdjęcia, porównywanie kolorów i faktur, harmonii barw i proporcji. Potem na dobre rusza z zamówieniami. Nie chce podliczać, ile wydał na bespoke, ale patrząc wstecz, traktuje to jako inwestycję. Tak jest łatwiej.

Guru od garnituru

Szarski nie potrzebuje wiele czasu do namysłu, by określić, kiedy odkrył swój wpływ na styl polskich mężczyzn. – Kiedy robiłem garnitur w Scabalu [sierpień 2010 – przyp. pb], zapytałem właścicielkę atelier Christinę de Galan, czy sądzi, że ktoś czyta mój blog. Zrobiła wielkie oczy. „Żartujesz? WSZYSCY nasi klienci czytają twój blog!” – opowiada Macaroni.

Wtedy odkrył, że to nie tylko pamiętnik, zapis notatek z zamówień i poszukiwań stylu. Choć już wcześniej wiedział, że liczba czytelników dochodzi do 10 tys., dopiero teraz zdał sobie sprawę, że za tymi liczbami czają się realni ludzie. – Wtedy poczułem też odpowiedzialność – tłumaczy Wojciech Szarski. – Jej wynikiem było między innymi ostrzeżenie przed pracowniami typu Rudolf&Co.

Szarski został zaproszony do zakładu o tej nazwie, a po powrocie nie zostawił na nim suchej nitki. Dyskusja pod wpisem wrzała przez kilka dni. Wiele głosów doceniło cywilną odwagę blogera, pojawiły się też głosy krytyki. Była dyskusja, choć jednym z omawianych tematów był autorytet Macaroniego, który dziś wzbudza znacznie mniej wątpliwości.

Kolejnym krokiem, który wspomina, był bawełniany garnitur od Zaremby. Odebrany w czerwcu 2011 roku, obiegł świat przez sieć blogów, fotoblogów na tumblr i forów. Macaroni Tomato był już Wojciechem Szarskim, pokazywał twarz w obiektywie, a po drugiej stronie aparatu stał Andrzej Belina-Brzozowski, zawodowy fotograf współpracujący z Wojtkiem. W szafie Blogera wisiało już pewnie z dziesięć miarowych marynarek. Choć do dziś nie był w kilku renomowanych pracowniach poza Warszawą, można powiedzieć, że o polskim bespoke wie prawie wszystko, a jego recenzja ma moc wyniesienia krawca na piedestał albo strącenia zeń w jednej chwili. Patetyczne słowa, ale przy okazji fakty.

Autorytet Macaroniego jest zresztą zasłużony. Powiedzmy to sobie szczerze: Wojciech Szarski nie jest top modelem. Jest wysoki i szczupły, to fakt, ale oszczędny uśmiech, który on sam porównuje do Leszka Millera i niezbyt bujna czupryna wymagają dużo pracy, by sprzedać je na „lajfstajlowych” zdjęciach. Jednak kiedy rozmawiamy po raz pierwszy, ma na sobie bawełnianą niebieską marynarkę od Zaremby, która, spracowana i lekko przetarta na krawędziach klap, wygląda jak roboczy fartuch inteligenta, a ja zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie widziałem ubrania lepiej leżącego na mężczyźnie. Sam mówi, że prawie nie zdejmuje jej z grzbietu. Nie wywalił jeszcze żadnej miarowej marynarki, ale są już i takie, które czekają na ten odważny krok na dnie szafy.

Sprzedawca

– Sam się przekonasz – mówi mi Wojciech Szarski – że po trzech latach pisania bloga przychodzi taki moment, że albo zrobisz krok dalej, albo stracisz zapał. Mi szkoda było marnować dorobek Macaroniego, ale musiałem iść do przodu.

Czyli dokąd? Właśnie wtedy pojawiła się idea sklepu. – Znajoma, którą poprosiłem o recenzję pomysłu, powiedziała: – Twoje pytanie nie powinno brzmieć „czy”, tylko „jak to zrobić”.

Tatianę Hrechorowicz, stylistkę i blogerkę, znał już od wielu lat. Razem pracowali przy produkcjach telewizyjnych i od pewnego czasu nosili się z zamiarem założenia wspólnego biznesu. – Na początku tego roku zdałem sobie sprawę, że mogę z dnia na dzień stracić pracę w scenariopisarstwie. To dało mi impuls do położenia wszystkiego na jedną szalę – mówi Szarski.

Zaryzykował i, tak naprawdę, wciąż ryzykuje. Włożył w sklep oszczędności życia – nie w sprzedaż internetową, ale prawdziwy salon z setem przymiarkowym w systemie pronto moda. Sam wymyślił ten format i nazwę, sam wybierał kolekcje na targach Pitti Uomo. Sklep Macaroni Tomato Warszawa Szarskiego i Hrechorowicz jest zwornikiem działalności bloggera Macaroniego Tomato: łączy wykształcone oko Wojtka do harmonii, barw i detali z autorytetem, który służy mu przy doradzaniu klientom.

A przy okazji poznał swoich czytelników od zupełnie innej, zaskakującej strony. Oczywiście forum o klasycznej męskiej elegancji, administrowane obecnie przez stowarzyszenie But w Butonierce, Macaroni Tomato założył już na początku 2010 roku, jednak po pewnym czasie skierowało się ono w stronę bazaru: mało zamowień u krawców, a dużo zrzutek w pięciu na jeden krawat, co zarówno z punktu widzenia Wojtka, jak i stowarzyszenia, było efektem do poprawki.

Tymczasem kilka godzin spędzonych w sklepie skrytym na małej uliczce warszawskiego Powiśla uświadamia, że to tylko część czytelników Macaroniego. Do sklepu, gdzie firmowany przez samego blogera garnitur kosztuje 3,5 tys. zł, trafia zaś inna część. Mają klasę i kasę, są po czterdziestce i co prawda nie wymachują ostentacyjnie kluczykami od auta, ale gdyby to robili – wiecie, do jakich aut byłyby to kluczyki. Ja obstawiam przewagę cayenne’ów i bmw x6. Wielu z tych mężczyzn zaczyna od słów typu – Wyczytałem na blogu, że otworzył pan sklep. Niektórzy pytają w czasie przymiarki ubrania: – Czy właśnie tak noszą się Włosi? I ufają temu, co odpowiada sam Macaroni. Tymczasem on sam zazdrości niektórym wyczucia stylu.

Koniec – i co dalej?

To czytelnicy, o których marzy każdy bloger i klientela, o której marzy każdy sprzedawca. Do tej pory Szarski utrzymywał się na szczycie tabeli, ale liga była bardzo niska. Nie kryje się zresztą zbytnio z przekonaniem, że przecierał szlaki dla przyszłych style bloggerów, choć sam zawsze sprytnie uciekał z peletonu.

Teraz zdarza mu się łączyć jaskrawe buty do biegania z garniturem, ale gra w ekstraklasie, konkuruje ze sklepami Jerzego Mazgaja z grupy Paradise Group, salonami made-to-measure i dobrze postrzeganymi na rynku markami ciuchów z wieszaka. Jako bloger nie stworzył raczej na skalę świata własnego nurtu ani stylu, ale w Polsce jego pozycja jest bardzo dobra. Czy to wystarczy, aby odnieść sukces jako sprzedawca? Czas pokaże.

W sklepie, który prowadzi razem z Tatianą Hrechorowicz, Macaroni sprzedaje tylko ubrania, które podobają się jemu osobiście. Czasem to, co je wyróżnia w jego oku, nie jest na pierwszy rzut oka oczywiste

Staromodne rzemiosło marketingu

Krawiectwo miarowe w Polsce to już nie to samo co kiedyś. I na dobre mu to wychodzi

Do Poznania – a zatem także do pracowni pp. Krupy i Rzeszutki – trafiłem z okazji nagrywania dla Polsatu newsa o stowarzyszeniu But w Butonierce, które ruszyło kilka dni temu. News – choć przy moim niewielkim udziale – powstał i możesz obejrzeć go tutaj, a stowarzyszenie uruchomiło swoją stronę, na której możesz poczytać o jego ustroju i celach. Aby być na bieżąco, nie zapomnij – o ile jeszcze tego nie zrobiłeś – kliknąć lajka na naszej stronie na Facebooku.

Henryk Krupa i Karol Rzeszutko. Mężczyzna po osiemdziesiątce i drugi, przed trzydziestką. Łączy ich miłość do krawiectwa i więzy krwi. Dziś trudno powiedzieć, czy to wnuk do dziadka, czy dziadek do wnuka wyciągnął pomocną dłoń – ale na pewno obaj na tym zyskali.

– Po tym całym przewrocie – mówi pan Henryk o latach 90. – nastąpił taki napływ wszystkiego z zagranicy, że ludzie zwracali uwagę tylko na metkę. Jeden rok to mieliśmy taki, że jedną sztukę uszyłem – opowiada. Za kilka tygodni skończy 82 lata. Z tego 65 poświęcił krawiectwu.

Jedna i trzy kariery

W wieku 82 lat Henryk Krupa wciąż z radością przychodzi do zakładu

Henryk Krupa zaczynał jako szesnastolatek w założonej w 1926 roku pracowni krawieckiej ojca. – To były prawdziwe nauki, pracowało się cały tydzień, łącznie z sobotami, a ile nocek było! A do szkoły szło się trzy razy w tygodniu, ale od trzeciej do dziewiątej – wspomina. Szyli wtedy głównie dla mieszczaństwa, takiej niskiej klasy średniej. – Ojciec uczył mnie, żeby szanować tych ludzi, bo oni dają nam chleb. Dzisiaj szyjemy dla zamożnych.

W poznańskiej pracowni przy Łąkowej zmienili się klienci, ale rzemieślnicy też nie są tacy, jak kiedyś. Wnuk Krupy, Karol Rzeszutko, to człowiek z zupełnie innej gliny. Zanim w 2008 roku podjął decyzję, że zostanie krawcem, miał na koncie już dwie rozpoczęte kariery. Najpierw trenował akrobatykę sportową. Był mistrzem Polski, startował w mistrzostwach Europy. Jako osiemnastolatek przestał trenować. – Poszedłem na bardzo luźny trening, podczas którego wykonywałem taki prosty element, dwie śruby. Przy wybiciu poczułem taką brawurę, że wybiłem się z torebki stawowej. Kontuzja na trzy tygodnie, noga w gipsie, ale zapaliło się też czerwone światełko. Zresztą byłem w takim wieku, że trzeba było zdecydować: trenować na poważnie albo to rzucić – opowiada Karol.

Karol Rzeszutko wie, że najcenniejsi w pracowni są klienci. Za jego plecami wykroje zamówień

Rzucił. Zdał na logistykę, po studiach podjął pracę w zawodzie. W jednej z globalnych firm zajmował się transportem wielkich frachtów. Pod jego kierunkiem kontenery krążyły między kontynentami. – Zdążyłem dowiedzieć się, czym ta logistyka tak naprawdę jest i zacząłem się zastanawiać nad tym, jak ma wyglądać moje życie w przyszłości. Doszedłem do wniosku, że ja nie chcę tego robić. I że mam właściwie pod nosem to, co mnie kręci. Nie zawsze byłem jakimś elegantem, przechodziłem przez różne style życia, byłem skejtem przez jakiś czas. Krawiectwo to nie było wczesne powołanie, tylko szansa zrobienia w moim życiu czegoś co może mi sprawiać frajdę i przynosić jakieś pieniądze.

Dziadek Karola powoli nabierał wtedy tempa po trudnych latach, kiedy ludzie zachłysnęli się metkowaną konfekcją z zagranicy. Pracownia znajdowała się ulicę dalej, w piwnicy, której właściciel nagle drastycznie podniósł czynsz. Trzeba było działać. Tak trafili na Łąkową. Obszerne mieszkanie na parterze (trzeba dzwonić domofonem) ma trzy pokoje. W jednym – wielki stół krawiecki, na ścianach wiszą szablony marynarek i spodni, wykroje klientów. Drugi to szwalnia. Kilka kobiet siedzi przy maszynach, to tam części łączą się w ubrania. W trzecim urzęduje głównie Karol. To nowoczesny showroom, tam trzymają wszystko, czym warto się pochwalić. Przy ciężkim stole można zasiąść z krawcem i omówić szczegóły zamówienia. – Karol wprowadził przewrót w tym warsztacie, zwrot o 180 stopni! – mówi z dumą dziadek. – On poświęca koło pięciu godzin na same spotkania z klientem, a to jest bardzo długo. Nieraz z klientem godzinę, półtorej tu siedzi. Jest dyskusja, stara się wprowadzić klienta, o wszystko go wypyta, do czego to będzie, czy do pracy, czy na okazje, o materiały, potem mamy trzy przymiarki i wydanie.

PR-owe rzemiosło

Od niedawna Krupa i Rzeszutko szyją także stroje dla operetki. Projekty nadsyła choreograf razem z próbkami tkanin

W otoczeniu próbników materiałów, wzorów kołnierzyków i akcesoriów odzieżowych, Krupa i Rzeszutko prezentują się okazale, jak krawcy z luksusowych pracowni przy Savile Row czy w Mediolanie. Ale Karolowi zależy na czymś więcej, niż dobrym wizerunku i marketingu. Wykorzystuje do maksimum czas, który może spędzić z dziadkiem, o którym często mówi „ten facet”. Może to oznaczać dystans, ale jest raczej czułe, nawet trochę pieszczotliwe.

– Czas, który jest mi dany z tym facetem, jest ograniczony i ja się tego boję, bo nie znam jeszcze wszystkich tajników krawiectwa miarowego. To jest taka ilość wiedzy, że może nigdy ich wszystkich nie poznam. 65 lat w zawodzie! Wyobraź to sobie, tyle lat takich akcji, które wzbogacają nasze doświadczenie, z dnia na dzień – zapala się Rzeszutko.

Książka zleceń: stara szkoła obsługi klienta w służbie nowoczesnego marketingu dóbr luksusowych

Karol Rzeszutko na pewno jest technokratą. Myśli dwa razy przed każdym ruchem, ale przede wszystkim zna nowe czasy i wie, co dziś się liczy. Mógłby, gdyby chciał, oprzeć swoją sprzedaż o sam splendor wnętrz, o mosiężne kandelabry i plasowanie swoich garniturów w sesjach zdjęciowych w kolorowej prasie. Mógłby zachęcić kilku dziennikarzy czy arystokratów z awansu wizją swojego luksusu, a biznes sprzedać ich twarzami. Ale woli złożyć egzamin mistrzowski w izbie rzemiosła, kiedyś warunek praktykowania krawiectwa, dziś do niczego nie wymagany dyplom. – Chodzi o ambicje. I o to, żeby ludzie wiedzieli, że nie mają do czynienia z żółtodziobem, ale z kimś, kto się zna na rzeczy. Dzięki temu, że sam jestem krawcem, jeśli zechcę zatrudnić krojczego, to on nie będzie mi dyktował warunków – mówi Karol.

Warren Buffet mówi, że nie należy inwestować w biznes, którego się nie rozumie. Karol Rzeszutko z krawiectwa zrobił biznes, ale biznes ma pozostać krawiectwem.

Transformacja

Henryk Krupa czerpał krawiecką wiedzę m.in. z „Postępu Krawieckiego”. Dziś Karol Rzeszutko skupuje archiwalne numery i sam z nich korzysta

Stare zderzyło się z nowym cztery lata temu. Henryk Krupa przekonuje, że pomysły wnuka bardzo mu się podobały. – Widziałem, że to przynosi korzyści, ale problemem była troszeczkę mentalność ludzi. Starsi pracownicy nie lubią, jak młody przychodzi i zaczyna rządzić. Ja jak coś powiem, to nie ma dyskusji. Jak trzeba dłużej pracować, to mówię, że trzeba przepracować jedną sobotę i wybór jest tylko którą. A jakby Karol powiedział, to byłaby dyskusja. Taka jest mentalność ludzka, że starsi nie lubią, kiedy młody chce nimi rządzić – pan Henryk nie narzeka. Zna życie i z łagodnym uśmiechem stwierdza tylko fakt. Dowodzi zresztą w tej firmie od lat i choć nie studiował go na uniwersytecie, zarządzanie zakładem to dla niego nie pierwszyzna.

I właśnie w zakresie zarządzania Karol napotkał opór podczas transformacji. – Jeżeli chodzi o styl szycia, ten facet jest otwarty na takie, może nie nowoczesne, ale aktualne podejście. Ale ciężko było go przekonać do tego, że dzisiaj na tym krawiectwie można żądać od klienta trochę wyższej kwoty za większy wkład pracy.

Rzeszutko tłumaczy mechanizm, zresztą jest on bardzo prosty: kiedy zachodnie sklepy zabrały klientów polskim pracowniom, krawcy zaczęli obniżać stawki. A razem z nimi – jakość szycia, która odeszła na drugi plan w poszukiwaniu oszczędności. By zarobić jak najwięcej przy nowych stawkach, trzeba było dodatkowo skrócić czas pracy, a przecież dobry garnitur to dziesiątki godzin krojenia i szycia. – Ciężko mi było przekonać tego faceta, że znajdzie się w Poznaniu klient, który jest skłonny zapłacić 2,5 tysiąca za usługę. To się wiąże z tym, że trzeba to zrobić z pasją i z sercem, czyli tym, co mój dziadek ma do przekazania. On przez długi czas uważał, że nie może na tym godziwie zarobić, choćby zarobił się na śmierć. Ale kiedy dał się przekonać, widać, że z kwartału na kwartał zagląda coraz więcej klientów. Nie sprawia im kłopotu zapłacenie 1,8 tys. za zestaw dwuczęściowy i jeszcze wychodzą z uśmiechem na twarzy.

Powodem tego uśmiechu niekoniecznie musi być dobrze skrojony garnitur. Pracownia Krupy i Rzeszutki to przede wszystkim rodzinna atmosfera i jednocześnie klimat małej firmy, jednej z tych, które powinny być podstawą zdrowej gospodarki i tak zwanego nowoczesnego społeczeństwa. Na każdą szczyptę marketingu dwie łyżki autentycznej historii i prawdziwi ludzie, którzy w nowych czasach zrobili coś po staremu. 

Atmosfera w pracowni była tak sympatyczna, że zrobiliśmy sobie zdjęcie zbiorowe. Fot. Roman Zaczkiewicz

Sh*t my dad says

Nie wiem, czy to, co zamierzam napisać, nadaje się na ten blog. Nie wiem, czy w ogóle nadaje się na blog. Wy chcecie czytać o wiązaniu krawata, o kołnierzykach albo spinkach – mam statystyki, więc wiem. Ale jednak to blog i to ja decyduję, o czym będę pisał. Jeśli się to któremuś z angielskich dżentelmenów nie podoba, bo kształty kołnierzyków i właściwy odcień granatu przysłaniają mu prawdziwe życie, zawsze może po angielsku opuścić Reform Club – teraz.

Dzięki, że jednak zostałeś, zapewne zachęcony jakimiś nieznanymi domniemanymi benefitami. Niestety, nic dobrego nie mam do zaproponowania, jedynie dzielenie moich ponurych frustracji.

Moja córeczka obudziła się dzisiaj za dziesięć siódma i trafiła akurat na moment, kiedy byłem wyspany, ale zbyt leniwy, żeby wychodzić z łóżka. Miałem na tablecie otwarty do przeczytania artykuł z GQ, który ktoś z zalinkował na forum. Podzieliłem się nim z cierpiącym na chroniczną bezsenność przyjacielem (odpisał natychmiast), a sam oddałem się lekturze.

Autor artykułu napisał poważnie, a zarazem pięknie, o męskich zabiegach higienicznych, co jest wyczynem heroicznym, dla mnie niedostępnym (dlatego zawsze uciekam w ironię) i za co nominacja do National Magazine Award należała się jak psu buda. Ale, co jeszcze lepsze, napisał to przez pryzmat nostalgicznej opowieści o swoim ojcu, z którym specjalnie (w wieku 38 lat przy 77 latach taty) wybrał się na weekend, żeby o tym jeszcze raz posłuchać.

Kilka godzin później siedziałem przy śniadaniu u rodziców, których odwiedziłem dla zażycia spokojnej pracy z dala od wymagającego życia z niemowlakiem. Mój ojciec, sam ponadsiedemdziesięcioletni, stracił po chemioterapii sporo zębów i – powodowany myślą o ocaleniu reszty – gorzko stwierdził: – Całe życie nie myłem zębów, a na koniec udało się dentystom mnie do tego zmusić.

Uśmiechnąłem się i opowiedziałem mu o amerykańskim artykule, który czytałem. Wtedy uśmiechnął się on i zrewanżował swoją historią, a właściwie historią swojego przyjaciela Rajmunda, który w latach 80-tych wyjechał do Austrii. – Wtedy kto mógł, spieprzał z Polski i w pewnym momencie Wiedeń był pełen ubeków handlujących dewocjonaliami i solidaruchowej hołoty. A Rajmund miał w swoim mieszkaniu umywalkę zamkniętą w szufladce, do której wodę nosiło się z korytarza. Bieżącą wodę mieli tylko ci w blokach, bo w starych budynkach, pamiętających odsiecz wiedeńską, radzili sobie tylko z kranem na korytarzu. Wszyscy zaś psioczyli na Polaków: co się taki sprowadził, to sobie w mieszkaniu chciał łazienkę robić, jak szlachciura jakiś. Rajmund dwa lata nie widział wanny ani nawet prysznica. Zapytałem go więc: »To jak ty jajka myłeś«, a on na to: »O, tak« i mi pokazał.

Na co mój staruszek zaczął, na szczęście w ubraniu, demonstrować tę szczególną technikę polskich emigrantów w Wiedniu. To dość wesoła, ale też raczej gorzka historia, historia – wybaczcie ton schizofrenika – o nas. Nie przytaczam jej tu, żeby z mojego ojca – samego długoletniego emigranta i nędzarza z pochodzenia – się naśmiewać. Nie pozwala mi na to ani czwarte przykazanie boże, ani jakaś duchowa łączność z tą szczególną, ale trudną sytuacją. Często skarżę się, że w Polsce nie można kupić przyzwoitych butów, bo są albo doskonałe za dwa tysiące, albo takie za trzysta o wartości trzydziestu. Ale to nawet nie jest wierzchołek góry lodowej, a skorupka emenemsa o smaku lukrecji (przepraszam wszystkich, którzy to świństwo lubią). Ohydna prawda siedzi w środku.

I nie jest to prawda wyłącznie taka, że utraciliśmy tożsamość, że przed wojną umieli, ale ci, co umieli, nie są naszymi ojcami przez Katyń i Powstanie. Smutniejsza i ohydniejsza prawda jest taka, że skoro już nie mamy (a większość młodej klasy średniej nie ma) tych arystokratycznych czy chociaż burżuazyjnych przedwojennych korzeni, gardzimy tymi, które faktycznie mamy. Większość – jak to większość – ma wszystko w dupie i trudno mieć im to za złe; w końcu ktoś tą większością musi być. Gorsza jest większość tej pozostałej mniejszości, ludzie, którzy, mimo pewnego potencjału, odrzucają naukę o emigranckim myciu jajek w misce, o tym, jak za komuny trzeba było polski tytoń kilka dni nasączać ruskim koniakiem, żeby w ogóle dawał się palić (każdy ma własną, po własnym ojcu) — na rzecz plejbojów, albo, co gorsza, maximów. Porównanie poziomu intelektualnego „Wysokich Obcasów Extra” – jednego ze sztandarowych bądź co bądź pism kobiecych – z tym, co powinno być ich analogiem, czyli np. „Playboyem”, albo męskiej i kobiecej edycji TVN-u – „Turbo” i „Style”, nasuwa bardzo smutne wnioski. Jakbyśmy pogubili się we własnej kulturze, dali sprowadzić do ról, które narzuca nam nasze korpo i parafialny supermarket.

Dość wykładu; nie będzie wniosków. Mądremu to na nic, głupi nie uwierzy. Ale będzie praca domowa: przeczytać Życie towarzyskie i uczuciowe Tyrmanda. Jeśli ktoś czytał – przeczytać jeszcze raz. To najprawdziwsza znana mi książka o kondycji mężczyzny w smutnym kraju nad Wisłą. Wiem, że to jak kazanie o konieczności chodzenia do kościoła (wygłasza się je zazwyczaj do tych, którzy akurat chodzą). Ale wielka tama potrafi runąć, bo jedno małe pęknięcie naruszyło jej konstrukcję, więc trzeba tę swoją inność utrwalać i dobitnie pokazywać światu. Nie jestem tylko pewien, czy lepiej zaczynać od garderoby, czy od biblioteki i – przede wszystkim – drzewa genealogicznego.