Cytat tygodnia: Kamil Pawelski

Pojmowanie męskości zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat. I zdecydowanie jestem za tym, żeby także poprzez pielęgnację, modę i mówienie o męskości w takim szerszym ujęciu pokazywać mężczyznom, że to wcale nie jest niemęskie i wcale nie ujmuje naszej męskości

– Kamil Pawelski, wydawca bloga www.ekskluzywnymenel.com dla agencji informacyjnej Newseria

Ekskluzywny Menel został „ambasadorem” nowej marki kosmetycznej Zew, której produkty oparte są na węglu drzewnym z Bieszczad

Jak pielęgnować łysinę

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że gubienie  włosów może być dużym problemem

Podczas sopockiej majówki siedziałem sobie na ławeczce, oddawałem miłej konwersacji i myślom o życiu, aż WTEM! minął mnie idący ulicą pan koło sześćdziesiątki z tupecikiem wyraźnie niedobranym barwą do farby na resztce włosów, które zostały mu jeszcze wokół głowy. I, chociaż nie jestem wielkim fanem koordynacji kolorów, uważam ten rodzaj dopasowania za kluczowy.

Wyglądał zwyczajnie źle. Chociaż widocznie nie miał wokół zbyt dużo życzliwych ludzi, którzy uświadomiliby mu tę prostą prawdę, jestem pewien, że gdyby spojrzał na siebie krytycznym okiem, wolałby być łysy.

A tak się właśnie przyjemnie składa, że wczoraj, korzystając z pomorskiego wywczasu, spotkałem się na przemiły obiad z D., wypiliśmy Bałtyk wina i gadaliśmy o sprawach najróżniejszych, między innymi o wysokości czoła. U D. ten parametr jest naprawdę imponujący.

Zdałem sobie przy okazji sprawę, że nigdy nie myślałem o łysieniu jako problemie. Jak podkreślam przy okazji każdego wywiadu związanego z książką, nie mam zbyt dużo do powiedzenia o cudzych problemach, bo, chwalić Boga, nie doświadczam wszystkich męskich problemów, jakie istnieją.

A że spośród parametrów moich doczesnych szczątków włosy dają mi wyraźne powody do zadowolenia, łysienie jest jednym z tych zmartwień, które mnie nie dotykają. Patrzę na starszych mężczyzn w mojej rodzinie i cieszę się na widok ich bujnych czupryn jeszcze po sześćdziesiątce, ale do wczoraj nie cieszyłem się jakoś szczególnie aktywnie myślą, że też będę tak miał.

D. wydawał się zaś wyraźnie zmartwiony faktem, że w jego rodzinie przenosi się – przeciwnie niż w mojej – z pokolenia na pokolenie fatum łysienia. Ale D. wybrał też dobrą drogę radzenia sobie z problemem: nosi krótkie włosy, które – zważywszy, że jest blondynem – przechodzą dość łagodnie w imponujące zakola i zarost na twarzy.

A ja nieszczególnie rozumiem przyczyny jego zmartwienia. Łysiejesz? Co z tego? Podobno to i tak nadmiar testosteronu, a hormon ten jest czymś, na czego nadmiar trudno narzekać. Łysina przecież nie boli, nie wymaga polerowania, a usuwanie niedobitków okalających głowę jest najłatwiejszym zabiegiem fryzjerskim jaki istnieje.

Nie noś tupecików. Nie staraj się być łysym długowłosym. Noś oczywiście kapelusze i eleganckie czapki, ale nie po to, żeby coś pod nimi ukrywać. Nie ma pod nimi nic – dosłownie nic – do ukrycia. Jedyny problem z łysinką, jaki jestem sobie w stanie wyobrazić, to ten, że tracisz pretekst do dodatkowych minut w łazience, które ja tłumaczę suszeniem włosów.

Czy jest coś, czego nie rozumiem?

Gentleman i jego szczotki, pędzle

Szczotki i pędzle jako akcesoria do higieny łączą nasz świat ze światem mężczyzn sprzed wieku

Kim tak naprawdę jest Ryszard Baryliński? Rzemieślnikiem – producentem szczotek z małego sklepu i warsztatu przy ul. Poznańskiej? Domorosłym filozofem kultury? Tanguero i bon vivantem? Niedoszłym inżynierem? A może spowiednikiem i psychologiem swoich klientów? Zapewne wszystkim tym po trochu, a także gospodarzem niezwykłego miejsca na warszawskiej mapie obiektów niedzisiejszych. Miejsca, do którego przyziemne potrzeby sprowadzają czasem zupełnie nietypowych ludzi.

Zakład przy Poznańskiej działa od 1951 roku. Ojciec pana Ryszarda Zbigniew już wtedy był spadkobiercą rzemieślniczej tradycji

Każdemu jego szczotka

W działalności rzemieślniczej nie ma chyba dziś miejsca na węższą specjalizację, niż ogólne „produkcja szczotek i pędzli”

Oczywiście bloggera piszącego o męskim stylu korci, by pracownię szczotek i pędzli przy Poznańskiej 26 w samym centrum miasta opisać jako gentleman’s emporium, staromodny lokal obsługujący konserwatywną męską klientelę, jednak oczywiście byłoby to znaczne ubarwianie rzeczywistości. Pan Ryszard kontynuuje wielopokoleniową tradycję rzemiosła, którego nie stać na razie na taką wybiórczość: prócz pędzli do golenia oraz szczotek do doprowadzania butów do połysku sprzedaje także szczotki do podłóg, obrusów, masażu pleców, pędzle dla malarzy (pokojowych raczej niż wojennych), modelarzy czy makijażystek, akcesoria fryzjerskie i w ogóle wszystko, co zakończone jest kępkami naturalnego (a czasem i sztucznego) włosia.

Ale pan Ryszard zna przede wszystkim swoje produkty, że tak się wyrażę, od narodzenia, a nawet wcześniej i – jak każdy prawdziwy rzemieślnik – wie, jakie przesłanki stoją za decyzjami dotyczącymi użycia takich a nie innych materiałów w jego wyrobach. Dlatego poprosiłem go, by opowiedział o męskich akcesoriach, których niesłusznie używamy znacznie rzadziej niż kiedyś. – Dawniej ludzie potrzebowali praktycznych narzędzi do wykonania jakiejś pracy, a przy okazji często wychodził z tego ładny przedmiot, bo miał być ergonomiczny, dopasowany do ręki. Ja dziś korzystam z wzorów które stolarze już mają, bo te stare wzory na tyle się sprawdziły, że wymyślanie nowych mija się z celem, zwłaszcza że same szczotki mają być tanie, bo taki jest nacisk rynku – tłumaczy pan Ryszard i zdejmuje z półek kolejne interesujące mnie przedmioty.

Jedna szczotka w kilku wydaniach – takie rzeczy tylko u rzemieślników

Na początek najbardziej interesuje mnie szczotka do czyszczenia ubrań. Mój śp. dziadek używał takiej za każdym razem, kiedy wchodził do mieszkania prosto z warsztatu stolarskiego, który miał w piwnicy domu. Jednak znawcy twierdzą, że szczotkowanie codziennych, nieroboczych ubrań znacznie wydłuża ich żywotność, nie trzeba ich wtedy tak często oddawać do pralni. – Myśmy się od wielu rzeczy odzwyczaili, bo mamy chodniki, gdzie się nie tworzą kałuże, nasze buty nie mają szans tak bardzo się zabłocić. Ubrania też rzadko kiedy są tak zachlapane, by wymagały szczotki. Używamy pralek prawie codziennie. Zmieniły się nasze przyzwyczajenia – tłumaczy Ryszard Baryliński. Mimo tej zmiany sprzedaje jednak w dalszym ciągu szczotki do ubrań, zrobione ze szczeciny dzika. Każdy może wybrać sobie oprawę, prostokątną albo z wystającą rączką, dzięki której trudno pomylić ją ze szczotką do butów.

Za to szczotki do butów różnią się też zastosowaniem

Te ostatnie robi się raczej z końskiego włosia, chociaż w sklepie przy Poznańskiej wciąż można kupić pełen asortyment szczotek, które pokazuje gospodarz. – Kiedyś błoto było wszechobecne, a taka szczotka z kokosa służyła do czyszczenia skórzanych butów  z błota. Jej ostre kanty pozwalały zaś wygrzebać je z podeszwy. Pamiętajmy, że dawniej zamiast samochodów jeździły konie i to uliczne „błoto” wyglądało inaczej. Tą szczotką można było też na mokro czyścić zaschnięte błoto – Ryszard Baryliński trzyma szczotki na ladzie, ale o ich zastosowaniu opowiada w czasie przeszłym i to dawno przeszłym. – Kiedy buty już były suche, nakładało się pastę tym mazakiem, czekało aż przeschnie, a kolejnej szczotki używało do polerowania, żeby rozprowadzić pastę równomiernie i wetrzeć głębiej w skórę. Końska grzywa, z której zrobiona jest ta ostatnia szczotka, jest bardziej miękka od ogona, świetnie poleruje, bo włosie końskie jest odporne na ścieranie, a pasta się nagrzewa przy pocieraniu i lepiej wnika w skórę – tłumaczy.

Ja sam wybrałem zaś inny rodzaj szczotki do butów: z mięciutkiego koziego włosia, którą można odkurzyć wypolerowane na błysk buty bez psucia delikatnej błyszczącej powierzchni. Zamówiłem pomniejszoną wersję takiej szczotki, by móc nosić ją czasem przy sobie, kiedy lśniące buty są niezbędnym komponentem dobrego wrażenia. W dzisiejszych biurowcach i urzędach stanowisko do czyszczenia butów to niestety rzadkość. Moja szczotka po kilku dniach była gotowa do odbioru, a gdybyśmy nie byli umówieni, pan Ryszard mógłby powiadomić mnie SMS-em.

Do ciała – dla duszy

Taka sama szczotka sprawdzi się do włosów (do dłuższych polecana jest wersja z rączką), i – po zmniejszeniu – do zarostu

Oczywiście akcesoria do ubrań i butów to nie wszystko. Szczotki z Poznańskiej „obsłużą” całe ciało. – Wielu fryzjerów starszej daty pamięta, że szczotkowanie szczotką z naturalnej szczeciny z dzika pomaga włosom, daje masaż, jest bezpieczne dla włosów i skóry. Ludzie czasem przychodzą do mnie zwabieni ciekawością i coś chcieliby kupić, ale nie wiedzą, co. Podpowiadam szczotkę do włosów albo mniejszą, ale taką samą, do zarostu. Jeśli jest dłuższy, trzeba go codziennie szczotkować, żeby lepiej wyglądał i był zdrowszy.

O ile do włosów dzik sprawdzi się akuratnie, to już do paznokci polecane jest włókno roślinne: agawa. – Kiedy taki włos nasiąka wodą, robi się bardziej miękki, ale nie traci kształtu ani szorstkości – tłumaczy rzemieślnik. Podkreśla, że z plastikowych szczotek woda często spływa od razu, a my szorujemy plecy albo ręce suchą szczotką.

Wszystko to, na pewno nie tylko mnie, kojarzy się z ojcem i dziadkiem, którzy – jak czasem myślę – pracowali bardziej na serio, niż ja przed komputerem. W przedpokoju i łazience szczotki do czyszczenia się po pracy były zawsze w widocznym, wygodnym miejscu, jak jakieś kapliczki dawnego stylu życia. Granica między pracą i życiem prywatnym była wyraźniejsza, kiedy ślady doczesnych trudów spływały do umywalki po tym, jak mój stary szorował spracowane dłonie szczotką i proszkiem do mycia rąk.

Szczotka do rąk i paznokci jest tradycyjnie dwustronna

Ja takiej szczotki używam od czasu do czasu, kiedy palcem (a nie mazakiem) nakładam na buty pastę woskową. Rozgrzany od ciepła dłoni wosk lepiej się rozprowadza, a buty dopieszczane tak dokładnie błyszczą potem prima sort, miejskim elegancikiem, a nie utrudzonym harówką mężczyzną. Ja i mój ojciec praktykujemy dwie różne formy męskości, a głupia szczotka do rąk i paznokci staje się artefaktem, który łączy nasze światy.

Jednak chyba prawie każdy potrafi się poczuć jak za czasów własnego ojca czy dziadka dzięki innemu pędzlowi: do golenia. Tych u pana Ryszarda znajdziemy bez liku, do wyboru, do koloru, choć o dobrą obsadkę do takiego pędzla wcale nie jest łatwo. – Potrzebny jest uchwyt ładny, a wręcz ekskluzywny. To jest przedmiot, który będzie stał w łazience, ma leżeć mężczyźnie wygodnie w ręku i być trwały. Z tymi oprawkami był problem. Kiedyś w latach 70. jeden pan w Wołominie miał dostęp do resztek płyt pleksi, które barwił na różne kolory, sklejał warstwami, a potem poprzecznie wycinał z tego oprawki. Mam ich jeszcze trochę z tamtych czasów, ale stylistyka nie każdemu może odpowiadać. Dlatego współpracuję z niemiecką firmą, która produkuje oprawki, ale prócz tego robi też pędzle, maszynki na żyletki, stojaki na pędzel, miski do rozrabiania mydła, a nawet mydło do golenia i ałun – tłumaczy rzemieślnik. Akcesoria do golenia wystawione są na osobnym regale w najbardziej widocznej części sklepu, pan Ryszard zapewne słusznie zauważył, że to właśnie one tworzą nastrój wnętrza.

Borsuk borsukowi nierówny. Tylko pędzel po lewej został zrobiony na Poznańskiej

Główkę pędzla do golenia zrobiona jest z sierści borsuka, ale w najdroższych jest ona selekcjonowana dosłownie ręcznie. Kiedy dostaję do porównania dwa pędzle – droższy i tańszy, nie mam wątpliwości, na czym polega różnica. A do tego wzornictwo, materiały na oprawę, projekt. Sierść borsuka jest przyjemna dla twarzy, podnosi zarost, który dzięki temu łatwiej jest głęboko ogolić. Szkoda, że dziś nawet krem do golenia trudniej kupić niż niewymagające pędzla żele czy pianki. – Cóż, ludzie zawsze myśleli o tym, jak sobie ułatwić i przyspieszyć życie.  Żyjemy w czasach fast-foodu i mikroweli – stwierdza sentencjonalnie rzemieślnik.

Tu szczotka ma być

U Ryszarda Barylińskiego można też znaleźć wiele innych zmiotek czy drapaków, o których dżentelmeni nie rozmawiają

Sklep szczotkarski przy Poznańskiej to dziwne miejsce. Zlokalizowane w drogiej, ale mało uczęszczanej okolicy na tyłach Marszałkowskiej, wydaje się skazane na powolne konanie. Pamiętam jeszcze przynajmniej dwa takie nieistniejące już sklepy, jeden na Tamce, drugi przy Widoku. W tym pierwszym, gdzie pracował szczotkarz Aleksander Petruczyk, przez kilka lat działała potem kawiarnia Szczotki Pędzle, ale i ona zwinęła się w tym roku. Tymczasem nawet w ciągu mojej krótkiej wizyty Ryszard Baryliński ma tylu klientów, że zaczynam rewidować swoją opinię o marnym przeznaczeniu jego zakładu. – Ludzie przychodzą z ciekawości albo wracają, bo wiedzą gdzie iść, polecają mnie następnym klientom i tak to działa. Niektórzy przekazują mi swoją wiedzę, coś podpowiedzą i także dzięki nim interes jakoś się kręci, miasto dostaje swoje pieniądze, urząd skarbowy swoje, a czasem i dla mnie coś zostanie. Wbrew temu, co mówią, nie jestem ostatnim Mohikaninem. Jest jeszcze kilku szczotkarzy, ale ja akurat mam punkt do którego można przyjść. Mogę dzięki temu zaproponować szerszy asortyment, zrobić coś na specjalne zamówienie – zastanawia się rzemieślnik.

A może chodzi o to, że rzeczywiście panuje u niego klimat dawnego zakładu. Mimo, że jest zwykły dzień powszedni przed południem, spotykam tu całą galerię osobowości. Fryzjer z okolicy wpada pogadać o szczotkach i moim aparacie fotograficznym, ale jakoś tak schodzi na historię kultury japońskiej. Fizjoterapeuta o wyglądzie siedemdziesięciolatka i żywotności króliczka duracell przyjeżdża rowerem po szczotkę do suchego masażu dla jednego ze swoich pacjentów. Fryzjerka z miasta przyśle chłopca z listą szczotek do damskich włosów (grzebyk, tapir, helena). Młoda dziewczyna przychodzi po dwie szczoteczki do mycia twarzy, które Zbigniew Baryliński, ojciec Ryszarda, zrobił jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy akurat udało mu się dostać dużą partię oprawek do takowych. Po dziewczynie pani w średnim wieku zagląda po szczotkę do włosów – własnych, choć ma też kilka kotów i w ogóle kocha zwierzęta. Może o nich opowiadać godzinami – na szczęście przestaje po kwadransie. Tego typu miejsca mają w sobie coś, co trudno spotkać w nowoczesnych sklepach, których personel jeździ na szkolenia z obsługi klienta, a w CV zapewnia o zmotywowaniu i zaangażowaniu.

Dawniej rzemieślników weryfikował cech, dziś robi to tylko (i aż) rynek

Ryszard Baryliński ma zamiast tego ćwierć wieku praktyki w produkcji szczotek i pędzli, a na ścianie dyplomy mistrzowskie ojca i dziada w tym samym zawodzie. Swojego dyplomu mistrzowskiego nie powiesił obok, bo zanim go zrobił, cechowe pozwolenie na działalność przestało być wymagane prawem. – Zresztą to nie o to chodzi, żeby zrobić ścianę martyrologii ani się chwalić, tu szczotka ma być. Jeśli ja panu tłumaczę, do czego szczotka służy i pan widzi, że w ręku leży jak trzeba, to wtedy to ma sens – tłumaczy rzemieślnik.

[facebook]