Blendy contra malty: No, trochę przesadziliśmy

Picie jest szkołą życia na tysiąc różnych sposobów. Poniżej jeden z nich

Wiosna obfituje w degustacje, jakby korki postanowiły wychynąć z szyjek po długiej wegetacji jak kwiaty spod ziemi. Cóż, business as usual: do Polski zajechał jeden z managerów Concha y Toro, drugiego (pod względem obrotów) i piątego (pod względem wielkości produkcji – co jest parametrem wciąż imponującym) producenta wina z Chile. Z tej okazji w Amber Roomie, znanym z fine dining i discreet podsłuching, wydano uroczą kameralną kolacyjkę, gdzie moja własna żona ze smakiem jadła policzek wołowy. Już za samo to szef kuchni Robert Skubisz powinien dostać ze siedem gwiazdek Michelina.

Białym winem do policzka (Można? Można. Już od dawna można) leczyliśmy wraz z M. (i współmałżonkami) kaca po dzień wcześniejszej degustacji Aberloura. I co prawda chociaż – nie wypominając – po tej jednej imprezie nie dostaliśmy na wynos sampla do upewnienia się na trzeźwo, to jakoś tak się zdarzyło, że w moim barku jednak dwunastoletnia edycja tego malta się znajduje. Malta, nawiasem, znanego z dobrej jakości w swojej cenie i całkiem niezłej ceny jak na łychę-nie-z-biedry.

Akt drugi: niedługo później w Polsce pojawiła się – jak się okazuje wcześniej jej nie było – pełnoletnia mieszana Grant’s, a wraz z nią jej twarz rajstop Rob Allanson. Aha, i jeszcze kilka butelczynek. Konkretniej: dziesięć próbek whisky – single maltów albo żytniej – która wchodzi w mieszankę. Uczciwie wypiliśmy wszystko na bardzo fajnych warsztatach.

Osiemnastoletni blend to nie taka znowu zwykła sprawa. Jeśli spojrzysz choćby na portfolio tego jednego producenta, mamy tu „podstawkę”, Family Reserve, Cask Reserve i wreszcie blendy z określonym wiekiem. Wóda, którą Grantowie nalali do mieszanki, też przeważnie podła nie była. Musiała być stara, co oczywiście nie gwarantuje jakości. Z pewnością była narowista. Z pewnością z trudem sprawdziłaby się jako single malt, bo zwyczajnie brakowało jej wyrafinowania, dobrej kompozycji, takich tam. Nie zawsze smak dotrzymywał obietnicy złożonej przez zapach, nie zawsze charakter był jasny i dawał się określić. Ale czy to znaczy, że była zła? Nie, nie znaczy.

I tu dochodzę do sedna, bo raz, że nie warto tyle nerdować o whisky, a dwa, że jeśli ktoś ma to robić, to może niekoniecznie akurat ja. Rzecz w tym, że kiedy dziś w laboratoryjnym zaciszu własnego salonu zestawiam całkiem niezłą, choć podstawową whisky single malt z całkiem niezłą, ze średniej-górnej półki, ale jednak mainstreamową blended, to zmusza mnie do pytania, jak te półki mają się do siebie. I, dalibóg, nie pisałbym tego, gdybym nie był przekonany, że to uwaga ogólna: jasne, że wszyscy uważamy dobre krawiectwo za lepsze niż doskonałą konfekcję. Dobrego malta za lepszego niż bardzo wysilony blend. Że uznajemy wyższość przeciętnego samochodu nad doskonałym tramwajem. Ale czy słusznie?

Delikatnie mówiąc: nie jestem taki pewien. I mówię to nie dlatego, że jakiś brand ambassador apodyktycznie powiedział mi: to jest dobra mieszana whisky. W każdym razie nie tylko dlatego. I nie dlatego, że możesz oszczędzić dwie dychy kupując dobrego blenda zamiast średnio-słabego malta. Mówię to głównie dlatego, że to kolejna lekcja przedmiotu Nie otaczaj się rzeczami, które udają coś, czym nie są. Ani ludźmi, skoro już o tym mówimy.