Aplikacje do marynarki

Czy krawat + smartfon = modern gentleman?

Sprzęt elektroniczny może wydawać się zaprzeczeniem stylu. Nie zaprzeczeniem mocnym, stanowiącym jego przeciwieństwo, ale takim, które oznacza stylową neutralność. Bo jak niby połączyć świat konserwatywnego stylu z elektroniką? Być żenującym i udawać, że pewne marki są bardziej konserwatywne i/lub stylowe? Być megażenującym i przebierać telefon w srebro i egzotyczne drewno? Czy być übermegażenującym i pieprzyć smutne mądrości o elektronice bespoke?

Pogodziłem się już, że jestę hipsterę, mam telefon za złotówkę na guziczki, który i tak mnie wkurza, ale mniej niż te wielkie dotykowe mikrokomputery, które nazywają smartfonami. Bo telefon – jak zawsze tłumaczę handlowcom, którzy próbują mnie naciągać – służy do dzwonienia i nieodpisywania na SMS-y. Bo nie lubię SMS-ów, a pisać to już w ogóle.

fot. Lucia-perry/CC-by-SA/Commons

Jednak jakoś życie z gadżetami trzeba sobie ułożyć, bo być hipsterem to jedno, a a stracić przyjaciół przez to, że nie sposób się z tobą skontaktować, to coś zupełnie innego. W moim przypadku sprawa przybrała na wadze, kiedy pozbyłem się z domu komputera (tak, jestem ultrahipsterem) jako trudnego do pogodzenia z przewijakiem; absolutnie nie da się pracować w pobliżu małego dziecka, trzeba znaleźć sobie lokal choćby miała to być kawiarnia i przeczekać tam do wieku przedszkolnego pociechy. Bez elektroniki w domu trudno nawet zrobić jajka na miękko, sprawiłem sobie więc androidowy tablet, na podstawie którego przedstawiam niniejszym mój subiektywny przegląd najfajniejszych aplikacji, które naprawdę ułatwiają życie.

Kiedy tablet zamieszkał z nami, moja pierwsza myśl brzmiała: RSS! Przez kilka dni byłem tak podniecony, że niemal przyłączyłem się do chóru wieszczącego śmierć prasy i w ogóle tradycyjnych mediów, które tradycyjnie – zwłaszcza w Polsce – bywają poinformowane znacznie gorzej niż blogerzy. RSS to moje największe rozczarowanie: konieczność poszukiwania jakichś durnych czytników i testowania kolejnych, synchronizacji, bo jedne dobrze ściągają, a drugie dobrze wyświetlają – wszystko to sprawiło, że leżą odłogiem. Jednak życie dzieje się jakoś tak samo, zauważyliście? I okazało się, że samo podetknęło mi za pomocą czasu optymalne spospoby używania gadżetu.

Dlatego też warto zachować daleko idącą ostrożność, kiedy dyskutuje się o przewagach androjdów nad ajosami i jednych pudełek nad innymi. Nie chodzi nawet o styl, nie chodzi o to, co mój przyjaciel S. nazywa niezdrowym podnieceniem cudzymi decyzjami zakupowymi – chodzi o to, że nie jesteś w stanie podpowiedzieć nikomu właściwego modelu komórki, o ile nie prowadzisz jego trybu życia i nie masz jego preferencji. Nawet pozornie  tak obiektywne parametry jak szybkość procesora czy rozdzielczość wyświetlacza mogą okazać się nieistotne w obliczu parametrów tak ważkich, jak fajność, słitaśność czy lajfstajlowość.

Dlatego mój wybór aplikacji jest mój, ale że innego nie mam, proponuję właśnie ten:

Pocket, czyli czytnik do zakładek na stronach internetowych w parze z wtyczką do wstawiania takich znaczników. Dzięki niemu możesz zaznaczyć na komputerze artykuł, który później przeczytasz w tramwaju albo odwrotnie: jeśli stronę lepiej odwiedzić na komputerze, można zaznaczyć ją na smartfonie do późniejszego odwiedzenia. Artykuły oznaczone jako przeczytane trafiają do archiwum. Ta prosta aplikacja poważnie zmieniła sposób, w jaki korzystam zarówno z czasu biurowego, jak i z komunikacji miejskiej: tam, gdzie czytnik RSS przywiązywałby mnie do kolejnych wpisów z konkretnych kanałów, tu mam bibliotekę lektur od Sasa do Lasa. Przy okazji, jako człowiek z tendencją do lekkiego histeryzowania, uważam że to krok w kierunku poważnej zmiany użytkowania mediów informacyjnych i z napięciem śledzę, dokąd ta zmiana prowadzi.

Jeśli sam używasz angry birdsów do „pilnego notowania” i „sprawdzania danych” w czasie niezwykle interesujących spotkań, upewnij się, że nie siedzisz tyłem do odbijającej obraz szyby. Fot. Rovio

Angry birds uważam za biznesową aplikację, odkąd zdarzyło mi się kilka razy odbywać poważne spotkania z ludźmi, którzy nie mają wyjścia i muszą na nie od czasu do czasu zabierać dzieci. Wszystkie dzieci znają i kochają angry birdsy, więc póki życia w baterii, nie trzeba przerywać co chwilę ważnego wątku rozmowy, żeby ściągnąć sześciolatka ze ściany albo wyjąć spod cudzego stolika w knajpie. Uwaga dla rodziców dzieci w wieku przedprzedszkolnym: jeden odcinek Krecika z YouTube jest równowartością 3-4 chrupków kukurydzianych.

Appki-zadania (bo nie bardzo wiem jak – nie używając kretyńskiego słowa „dedykowany” – nazwać programy, które tworzą wygodny interfejs dla skomplikowanego serwisu internetowego), to coś, co potrafi uczynić sprzęt mobilny własnym. Trudno tu polecać konkretne, bo to właśnie tu styl życia najpoważniej wpływa na, że tak powiem, konfigurację sprzętu. W mniejszym lub większym stopniu świetną robotę wykonują dla mnie aplikacje do serwisów MailChimp, WordPress, Google Analytics, Dropbox, Booking.com czy JakDojade.pl, ale przecież zawód zawodowi nierówny. Nie potrafię za to na tym ustrojstwie pisać niczego powyżej jednego akapitu, ale chyba nie jest to zaskakujące wobec wyznania, że nie cierpię nawet SMS-ów? Zresztą klawiatury są też aplikacjami, więc może kiedyś uda się znaleźć coś podręcznego.

Pianinko, a jak! Potrzebujesz tylko… drugi tablet, żeby wyświetlić nuty i już możesz zabrzdąkać ulubioną kolędę.

Obciachowe appki dla elegantów. Wiem o nich tyle, że są, i czuję się w czymś w rodzaju obowiązku wspomnieć o tym tutaj. No dobra, być może nie wszystkie są kompletnie obciachowe i nawet nie wszystkie są appkami – bardzo wiele programów ma w nazwie np. słowo „gentleman”, a polega na tym, że dodaje wąchy i cylinder do ikonek albo wycisza dzwonek telefonu, kiedy jesteś w pomieszczeniu. Ale! Jeśli zdarzy ci się używać programów tak żenujących jak przewodnik krok po kroku po węzłach do krawata albo poradnik zakupowy dla „stylowych mężczyzn”, dla odstresowania możesz wyszukać sobie potem w okolicy jakiś miły klub ze striptizem (dzięki aplikacji Strip Pal – Gentlemen’s Club). Żadnej z wymienionych w tym akapicie nie testowałem.

Notatnik winiarski, o czym już pisałem, może być bardzo przydatną rzeczą, jeśli swoje pijaństwo chcesz ubrać w szatki wiedzy i/lub doświadczenia. A jeżeli dodatkowo nie boisz się mieszania alkoholu i elektroniki służącej do komunikacji (ach te rozróby na Facebooku! Ach te pijackie SMS-y do byłych dziewczyn!), możesz taki notatnik prowadzić na smartfonie. Dobre strony: możesz dzięki temu łatwiej znaleźć wino, które ci się podobało. Złe strony: nie wiem, jak to jest u ciebie, ale gdybym ja informował facebooka o każdej butelce, którą otwieram, mógłbym zostać przez system zakwalifikowany jako ciężki przypadek spamera.

A jakie są wasze ulubione aplikacje dla przenośnego sprzętu?

[facebook]

3 odpowiedzi do “Aplikacje do marynarki”

  1. Ostatnio z żoną zainstalowaliśmy sobie Listonic. Pomijając interefejs, który mógłby być lepszy i bardziej intuicyjny (zwłaszcza dzielenie listy zakupów, które wymaga bodaj pięciu kliknięć), jest to przewspaniała aplikacja do zakupów. Zamiast kilku SMSów „bo mi się przypomniało” stanowiących uzupełnienie tradycyjnej karteczki, masz jedną listę, synchronizowaną na bieżąco – więc nawet tuż przed kasą możesz sprawdzić, czy coś nowego nie zostało dodane.

  2. Soundhound odpowiedział na jedno z najważniejszych pytać natury filozoficznej, które zadają sobie współcześni ludzie- „co to za fantastyczna piosenka?”

  3. Jeśli chodzi o klawiatury to polecam wypróbować Swiftkey, który tragiczną klawiaturę samsunga odmienił diametralnie. Przydatnym bywa także Camscaner, który komórkę zamienia w przyzwoity skaner dokumentów z eksportem do PDF i wgraniem na dropbox :) A do pisania rekomenduję QuickOffice, który także potrafi pracować na plikach z dropbox zamieniając komórkę w sensowne, mobilne biuro.

Możliwość komentowania jest wyłączona.