Adam Jarczyński: Niebezpieczne rejony bycia dżentelmenem

Rozmowa z Adamem Jarczyńskim, autorem przewodnika savoir vivre’owego Z klasą, na luzie

„Klasa” i „luz” – pojednanie tych rzekomych przeciwieństw to idée fixe polskich (a pewnie nie tylko polskich) męskich blogerów. Różnie obudowywane słowami w postać czarującego paradoksu, sprawia, że piewcy męskiego stylu czują się jak alchemicy poszukujący sekretu „wody, która nie moczy rąk”. Tylko w przeciwieństwie tych ostatnich – sądzą przeważnie, że już znaleźli. Adam Jarczyński jest jednym z tych alchemików, a jego nowa książka Z klasą, na luzie to niemal typowy podręcznik dobrych manier. Niemal – bo jest jak podręcznik z zadaniami bez możliwości sprawdzenia rozwiązań w kluczu. Skorzystałem więc z okazji, by dopytać go o kilka szczegółów.

Cześć! Przepraszam cię za spóźnienie, ale za chuj nie da się w tym mieście doczekać na rachunek za śniadanie.

Nic się nie stało.

Jak to? Wchodzę na spotkanie spóźniony, mówię brzydkie wyrazy, przechodzę od razu na ty, jeszcze śmierdzę alkoholem. Spodziewałem się reprymendy.

A dlaczego? Dajmy sobie chwilę, żeby sytuacja się jakoś rozkręciła. Fakt faktem – zawsze można puścić krótkiego esa „będę spóźniony” – to daje mi możliwość decyzji – trzymam miejscówkę albo idę gdzieś dalej, może sam sobie wezmę kawę. A co do słów? Nie ma brzydkich słów, są tylko brzydkie myśli – Dezerter o tym śpiewał.

To po co są dobre maniery?

Pozwalają nam lepiej funkcjonować w społeczeństwie. Trzymajmy się tego esemesa, który mógłby wcześniej przyjść z informacją z Twojej strony. Ja napisałem Ci, że jestem na miejscu i czekam koło baru. Wysłałem SMS-a punkt o godzinie, w której mieliśmy się spotkać. Z jednej strony była to informacja, która pozwoliła Ci bezbłędnie trafić do stolika, w zatłoczonym barze, z drugiej – to również taka delikatna weryfikacja miejsca, bo mogliśmy się źle zrozumieć i Ty czekałbyś gdzie indziej i ja gdzie indziej – lokali tu sporo. A trzeci kontekst to taki weryfikator, gdyby przypadkowo Ci umknęło dzisiejsze wydarzenie. Założyłem, że jakby było opóźnienie, dałbyś mi znać – jestem w korku, 10 minut obsuwy, sorry. Brak takowej spowodował wysłanie mojej.

Ale pal licho kawiarnia, wywiad i tak dalej – załóżmy, że mamy takie typowo biznesowe spotkanie, od którego może nie zależy nasze życie, ale jakiś poważniejszy biznes, stworzenie bądź podtrzymanie kontaktu – bez względu na rangę, szacunek powinien być okazywany wszystkim, bez różnicy. Moje spóźnienie może być wyrazem dystansu do życia, ale innym osobom może się nie podobać. Ktoś uzna, że marnuję jego czas, bo mógłby coś innego robić w tym momencie, ktoś inny pomyśli, że nie mam dla niego szacunku, bo tak był wychowany, a ktoś inny przejdzie do porządku dziennego bezrefleksyjnie, bo sam się spóźnia.

Ja nie mam złudzeń: fakt, że będę kulturalny i taktowny, jeśli będę miał słabszą ofertę, nie przesądzi o moim sukcesie w biznesie. Nie róbmy sobie takich złudzeń. Nie jest też tak, że jeśli źle podam rękę, to od razu pomyślą, że cham i że po mordzie trzeba walić. Jest wiele innych informacji, na podstawie których budujemy sobie obraz takiej osoby. Może być też tak, że zamiast zbudować długofalowe dobre relacje, ograniczymy kontakty do minimum, bo nie będziemy się potrafili zachować w sytuacjach stresujących albo nasi partnerzy biznesowi nie będą się chcieli z nami spotykać poza sytuacjami zawodowymi. Co często może być stratą, bo czasem budując nieformalną relację można zyskać zdecydowanie więcej – przy czym nie chodzi mi o spoufalanie bądź udawanie, że marka czy firma to druga rodzina, która ci wysyła życzenia na święta. Wszelkie zasady są po to, żeby funkcjonować zręczniej, z taktem i szacunkiem dla innych. I nie musimy na siłę nazywać tego savoir vivre’em ani bon tonem.

Dlaczego?

Bo ktoś może się tego przestraszyć: „ojej, taki ęą jestem”. Możemy to nazwać umiejętnym funkcjonowaniem w społeczeństwie.

Ale to właśnie savoir vivre! Twoja książka jest o tym, że trzeba wiedzieć, kiedy łamać zasady i jak je łamać. Ja złamałem parę intuicyjnych zasad i to nie w taki sposób, w jaki powinienem był to zrobić. Bo rzeczywiście, wszystko mógłbym zrobić inaczej.

Poza tym jako autor książki na ten temat dobrze o tym wiesz.

Ale kiedy czytałem twoją książkę, nie dowiedziałem się z niej dużo nowych rzeczy. To skodyfikowane zasady w podstawowych obszarach życia. I wydaje mi się, że to są takie rzeczy, które wszyscy powinni wiedzieć.

Ja nie wymyślę nowych zasad. Ja mogę o nich jedynie w inny sposób opowiedzieć, żeby nie brzmiało to „jak babcia mówiła…” albo po belfersku. Trochę nowych rzeczy tworzy się w związku z internetem, ale jeśli już mówimy o zasadach, i o tym, że każdy powinien je znać… no pewno, że powinien! Ale jednak nie każdy zna. Kiedyś mi się wydawało, że wszyscy ludzie potrafią w jakimś zakresie rozmawiać po angielsku. To było moje myślenie licealisty, który nie miał tej świadomości, że obraca się w pewnych konkretnych kręgach. Kiedy zacząłem zmieniać środowiska, byłem w szoku!

Dzisiaj nazywamy to bańką informacyjną.

Bańką, plemionami, różnie. I czasem wpadasz w całkiem inną bańkę, w której ludzie nie są gorsi, ale po prostu na pewnym etapie swojego życia nie mieli tego, czego ty mogłeś doświadczyć. Oczywiście mogą być pierdyliard razy lepsi w rzeczach, o których my nie mamy nawet podstawowego pojęcia. A zatem: tak, są ludzie, którzy nie potrafią się zachować. Są też osoby, które mają naturalne wyczucie taktu. Może nie wiedzą, jak zjeść homara, ale olać to! Tego się można nauczyć – najważniejsze jest to, żeby umiejętnie dostosować się do okoliczności, nie budować dyskomfortu wśród innych swoją osobą. To jest trudne. Bo tysiąc regułek zawsze można wkuć, pojeździć po świecie, coś zobaczyć…

Nie wkuje się tak łatwo wszystkich tych regułek! Jeśli muszę zapamiętać, kto się z kim wita, kogo komu przedstawić

To tylko zasada, jedna z wielu.

No dobrze, ale w sytuacji bojowej…

Im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w ogniu walki – takie jest stare powiedzenie. Dlatego warto stosować zasady dobrego wychowania na co dzień. Czasem intuicyjnie wydaje nam się, że wiemy, jak się powinniśmy zachować, ale potrzebujemy potwierdzenia. I jedni mówią tak, drudzy siak, a inni mówią, że teraz to już są w zasadzie takie czasy, że nie trzeba z tym bon tonem się bawić. Tymczasem trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. Można połknąć linijkę, ale są tylko konkretne sytuacje, kiedy tak faktycznie musi być. Czasem musimy być po prostu wyjątkowo uważni, albo nawet niewidzialni.

Jakie to sytuacje?

Na przykład miejsce kultu religijnego.

Zwłaszcza takiego, który może nam zrobić krzywdę?

Nie wciągajmy się w niebezpieczne tematy. Zresztą każdy skrajny kult religijny może zrobić krzywdę. A każdy postępowy może powiedzieć „hej, siadamy i gadamy”. Religia to taki wątek relacji międzyludzkich, który buduje dużo skrajnych postaw, stąd trzeba delikatnie się zachowywać. I nie trzeba mi tu cytować Jana Kamyczka, Pietkiewiczów czy innych mądrości.

Właśnie. Dla porównania po lekturze twojej książki zajrzałem do przedwojennego autora Rościszewskiego, do powojennych felietonów Jana Kamyczka [Janiny Ipohorskiej] z „Przekroju”. Rościszewski mówi wprost, że jesteśmy dziesięć lat po utworzeniu nowego państwa (1929), że teraz do władzy doszli inni ludzie i ich trzeba troszkę cywilizować, żeby byli bardziej podobni do tych poprzednich. Później był Jan Kamyczek, dekadę po kolejnej wojnie, uczący, jak chodzić na imieniny i jak traktować koleżanki w pracy. Mam więc taką roboczą teorię, że podręczniki savoir vivre’u pojawiają się w odpowiedzi na pewne przemiany, żeby cywilizować nowego człowieka. My jesteśmy dziś jakąś dekadę po gwałtownym skoku dochodów Polaków.

Daleko mi do tych dwojga autorów, których wymieniłeś. Ja po prostu widzę to na swój sposób, nie odcinam się od klasyki. Jestem teraz w modnym nurcie: pijarowcem, brandingowcem, marketingowcem, czyli w zasadzie człowiekiem od wszystkiego i od niczego (jak można by dodać złośliwie). Codziennie spotykam się z ludźmi, widzę, jak to wygląda po stronie klienta, jak to jest w mojej branży, jak to wygląda na mniej lub bardziej formalnych spotkaniach. I tak sobie myślę, że kurczę, przecież mają dobre książki na ten temat, i choć moja też nic nie wniesie nowego, to może coś zmieni, w jakimś mikro zakresie, bańce, plemieniu.

Powiedziałeś coś bardzo ważnego: że mamy jakiś przełom, zmieniły się formy konsumpcji. Może dziś te zasady trzeba podać bardziej na focaccii, a nie na zwykłej bułce poznańskiej? Opowiedzieć to samo, jednocześnie uznając, że zmieniają się czasy. Kiedyś na przykład twierdziłem, że nieelegancko byłoby wysłać kondolencje emailem. Zawsze się mówiło, że musi być telegram, że to musi być formalne.

Telegram? Może od razu kazać żałobnikom łapać gołębia z kondolencjami?

No właśnie. Oczywiście, mogę się zapędzić w pułapkę powiedzenia, że najważniejsze to żeby wysłać. Ale trzeba ocenić kontekst sytuacji. To nie jest łatwe, co ja piszę czytelnikowi: „masz wybór. To nie jest białe albo czarne”. Często na szkoleniach się spotykam z pretensjami, ludzie chcą konkretnej odpowiedzi, jak się zachować. Nie! Jesteś mądry, jesteś inteligentny, musisz wybierać. Sztuka życia. Ona nie polega na tym, że białe i czerwo… białe i czarne, tylko czasem musi być szare.

To wyobraźmy sobie taką sytuację: wynajduję specjalny rozpuszczalnik do treści książek, wlewam roztwór twojej książki do kolumny destylacyjnej i na końcu dostaję dwie kropelki stężonego savoir vivre’u. Co jest w tych kropelkach?

Zdrowy rozsądek.

W relacjach międzyludzkich?

Tak. Czyli masz zasady, ale nie zawsze się nimi posługujesz.

A czy to nie jest taki przekaz, że „nie przesadzajmy z zasadami”?

Tak, jasne. Tylko że nie taki, że nie przesadzajmy zawsze, tylko: odwołujmy się do kontekstu i do okoliczności.

Oczywiście podstawa musi być, warto ją znać, żeby wiedzieć czy iść w prawo czy w lewo, ale może czasem najzręczniej będzie przeskoczyć przez płot, omijając ciasny konwenans, a i tak to lepiej wyjdzie niż to co zapisane w regułce nr 666 na stronie 1234.

Dziś kultywujemy asertywność, która może okazać się przeciwieństwem dobrych manier.

A trzeba szukać symbiozy. Ja walczę z tym, że ocenia się osoby kulturalne i taktowne jako te, którym można wejść na łeb. OK, jest stare powiedzenie, że dama czy gentleman cierpią w milczeniu. Ale trzeba wyznaczyć granicę. Mogę być kulturalny, ale w pewnym momencie ja uznaję, że to jest moja granica i dalej nie idę, nie daję się wykorzystać, nie nadstawiam karku. Oczywiście tłumaczę, dlaczego jest to dla mnie sytuacja niekomfortowa albo dlaczego uważam, że takie zachowanie jest odległe od oczekiwanego. Walczę z tym, że osoby kulturalne zawsze wysyła się na koniec kolejki, bo „on się zgodzi”, bo „wiesz, można go tutaj-tak-tego”.

Ja potrzebuję być skuteczny w mediacjach, w biznesie, prywatnie. Spójrzmy na to z perspektywy człowieka, który występuje jako silniejszy, nie jako słabszy. Weźmy spór z przyjaciółmi o to, gdzie jechać na wspólne wakacje. Czy powinienem się w tej sytuacji ograniczać, występować jako ten grzeczniejszy, „no, stary, ja chcę bardzo wysłuchać twoją opinię”? Nie, ja chcę jechać na Kretę, olewam to, że on woli Chorwację.

Jeżeli nie spotykamy się w jakimś wspólnym mianowniku, to idziemy do podstaw, do pytania, na czym mi zależy, jak chcę układać sobie życie dokoła mnie. Jeżeli jest parcie na dwa różne kierunki, to trudno, spotykamy się za rok, może wtedy będzie jakaś – ujmując niezręcznie, acz popularnie – destynacja, gdzie wspólnie chcielibyśmy pojechać. Niektórzy niestety się poddają innym i później się męczą, bo martwią ich to, co inni o nich pomyślą jak postawią na swoim.

Czyli mam być ułożony, bo to rzutuje na to, jak jestem postrzegany?

To może mi wisieć, jak ja jestem postrzegany, co ktoś sobie pomyśli w kontekście mojego wyboru. Są osoby, które w ujmujący sposób mogą ci powiedzieć „wypieprzaj”, a są osoby, które powiedzą „w porządku, uznaję twoje zdanie, przekonaj mnie”. Jeżeli ty chcesz jechać na Kretę, a ja chcę jechać na Majorkę, to nie będę taktownie mówił: „no dobra, pojadę”, a myślał: „nie chcę tam jechać, będę miał spieprzone wakacje”.

Twoja mucha to element personal brandingu czy dress code’u?

Jest to element dress codu, klasycznej elegancji. Ale ja lubię muchy, nie lubię krawatów, pomimo tego, że jestem gościem przy kości, który powinien nosić krawat.

Bez przesady!

No dzięki… (śmiech). Lubię muchy, dla mnie mucha jest elementem buntu.

Buntu? To bardzo łagodny bunt.

Dzisiaj może tak, bo mucha teraz wraca w wielkim stylu, ta jak poszetki. Ale wcześniej? Jeszcze wiązana? Hellou!

„Nosiłem muchę, zanim to było cool”?

Tak samo, jak robiłem zdjęcia jedzeniu, zanim to było nieeleganckie.

Czemu człowiek o zbuntowanej naturze zdecydował się na pisanie poradnika dobrych manier, a nie na przykład historii Jarocina.

O Jarocinie napisali już kilka całkiem niezłych publikacji.

O dobrych manierach też.

Tematyka sama w sobie mnie interesuje, bo interesują mnie relacje międzyludzkie. Bardzo lubię obserwować, analizować, zaznaczać na swojej liście do odhaczenia, że ma źle zawiązane tamto, a teraz na przykład patrzy cały czas w telefon rozmawiając z drugą osobą. Jako pasjonat od razu wyłapuję te rzeczy i uznałem, że ta wiedza jest funkcjonalna. Byle nie poświęcać się wyłącznie pragmatycznemu savoir vivre’owi: że zachowuję się grzecznie tylko po to, żeby podpisać z tobą kontrakt.

Zachowuję się grzecznie, ponieważ taką mam naturę. Czy można zmienić swoją naturę w ten sposób? Bo jak zacznę pracować, to nad odruchami: byłem dupkiem i zawsze szedłem pierwszy w drzwiach, to teraz zacznę przepuszczać kobiety. Tylko tyle. Czy to jest droga do zmienienia siebie?

Jeżeli ktoś mi wytłumaczy, dlaczego tak, to czemu nie słuchać czegoś, co jest zasadne? Mogę się zmienić, oczywiście. A może inaczej: kształtować.

Wyobraźmy sobie, że jestem historykiem w 2117 roku i opracowuję źródła do Historii życia prywatnego w Polsce II dekady XXI wieku. Zaczynam od krytyki źródeł: jeśli taki Jarczyński pisze, jak należy się zachować, to znaczy, że obyczaj jest przeciwny. Najlepszym przykładem jest Jan Kamyczek: „Przekrój” uczył właśnie, żeby nie wznosić toastów wódką, a zamiast tego oczarować towarzystwo, podając, nie wiem, wermut. Rościszewski pisze, jak łapać łyżkę, żeby jeść zupę, ty o tym nie piszesz, bo generalnie ludzie wiedzą już, jak łapać łyżkę.

Tak pozwoliłem sobie założyć (śmiech).

A Rościszewski tak nie zakładał, Jan Kamyczek nie zakładał, że ludzie wiedzą, jak pić wódkę i że nie na umór, żeby raczej się nie upijać, kiedy się jest w gościach, żeby można było wrócić do domu o własnych siłach.

No tak, Ubera wtedy nie było (śmiech). Ale wiesz, wracając do Ipohorskiej: pisała też jako Jan Kamyczek, żeby nie wchodzić z tranzystorem na plażę…

O Jezu, jakie aktualne! Idzie trzynastoletni dzieciak przez park z głośnikiem na cały regulator! Na dobrą sprawę powinienem mieć taki wielki elektromagnes na guziczek, żeby mu ten głośnik wyłączyć.

Właśnie, dzisiaj jest to samo, mamy telefony, głośniki z bluetoothem…

Wrzucają to do plecaka, to im gra. Koszmar!

Ale w parku to jeszcze pół biedy, przejdą sobie i pójdą. A na plaży? Masz na ręczniku obok misia, który sobie puszcza tłusty bit. A przecież to jest strefa publiczna.

I co mam zrobić? Wypada mu zwrócić uwagę.

Pogadać.

Bo ja sobie nie życzę. Ale później sobie myślę, że on jest wydziaranym karkiem, na plaży ma amstafa, jakąś Karynę, przed którą będzie się chciał pokazać, wstanie i zapyta „bo co mi zrobisz”. No i w sumie to nic mu nie zrobię. To znaczy: nie jebnę mu.

„Poproszę głośniej!”

Ale może mam powinność coś zrobić – w imieniu wszystkich dokoła? „Co z pana za mężczyzna?”

Wiesz, tutaj wchodzimy w takie niebezpieczne rejony bycia dżentelmenem. Takie, że można dostać po mordzie. Pytanie, czy stać nas, żeby być Batmanem?

No właśnie.

No właśnie. To też jest pytanie, czy się na siłę napinać? Czasem słyszymy: postawił się i udało się, przegonił i obronił. Czasem również słyszymy: postawił się i dostał kosą. To jest kwintesencja życia. Nie lubię przemocy, ale podejrzewam, że też mam taką granicę, za którą leję w mordę. Ale to już jest argument siły, nie siła argumentu. A teraz pytanie: a gdzie te dobre maniery? Dialog nie przyniósł skutku i trzeba wziąć życie za rogi. Jeżeli widzę zachowanie, które zagraża ludziom, jak teraz licznie nagłaśniane incydenty na tle rasistowskim – zawsze powinienem reagować w takiej sytuacji. Niekoniecznie bić się z czterdziestoma chłopakami z NOP-u, ale mogę wykonać szybki telefon awaryjny, mogę iść na bok i tam szukać wsparcia. Najważniejsze, żeby nie być obojętnym. To trochę definiuje dżentelmena, że nie jest obojętny na otoczenie. Ja nim wprawdzie nie jestem, ale to składowa definicji. Słuchaj, czy u ciebie w przedszkolu rodzice mówią sobie rano „dzień dobry”?

Generalnie tak.

No widzisz, może inna bańka, bo u mnie było pół na pół. I ja rozumiem, że ktoś może być tak zaangażowany w jakąś poranną awarię z dzieckiem, która jest jak nalot rosyjskich myśliwców, ale może być też tak, że po prostu w ogóle się nie widzi ludzi dokoła. A tam są dzieci – wiadomo, że czym skorupka za młodu…

W przedszkolu miałem za to największy od dawna problem z przechodzeniem na ty. Inni rodzice są z grubsza moimi rówieśnikami, mamy wspólne sprawy, a ja właściwie ćwiczę skracanie dystansu. A w przedszkolu miałem z tym duży problem, do tej pory czasami jest dziwacznie.

Ja podchodzę zawsze z rezerwą, i jeżeli ktoś mi proponuje, żebyśmy ją ścieli, to nie mam z tym problemu. Dziś przecież skróciliśmy dystans od razu.

To dzięki mojej odważnej dziennikarskiej prowokacji!

Ja właśnie kieruję się taką zasadą, żeby było z czego skracać dystans.

A ta formułka z przechodzeniem na ty, bruderszafty?

Bruderszafty to raczej na zasadzie folkloru. Ale zdanie „Czy nie masz nic przeciwko, żebyśmy mówili do siebie na ty?” to nie jest taka formuła, że ja się spalę ze wstydu mówiąc ją, a ty też raczej nie pomyślisz „Boże, jaka konserwa!”. Albo sobie pomyślisz – twoja wola.

Ja się palę ze wstydu, jak sobie pomyślę, co inni o mnie myślą. Źle uścisnę rękę i od razu załatwiony dzień.

Nie wierzę!

A właśnie że tak jest! Wczoraj właśnie w przedszkolu nie odpowiedziałem dzień dobry i myślałem o tym cały ranek!

Ale przecież zdarzają się takie rzeczy. Wtedy wraca się do szatni mówi „Przepraszam, nie usłyszałem! Miło panią widzieć”. I jedna powie, że szaleniec, a druga pomyśli tylko „Ooo!”. Zaznaczam: są sytuacje, w których jest sztywno i musi być sztywno, ale są też inne.

Są też sytuacje, w których człowiek zupełnie pozbawiony wyrobienia czyni mnie współwinnym swojej gafy. Mężczyzna, który podaje rękę tylko mnie, bo jestem jedynym mężczyzną w towarzystwie. Na kobiety nawet nie spojrzy.

Dobry i częsty, niestety, przykład. Albo taki: jest jakaś impreza, ktoś tam do ciebie podchodzi i zaczyna z tobą rozmawiać, a osoby, z którymi stoisz, ignoruje.

To wtedy jest łatwo: „a poznałeś moją koleżankę?”

Właśnie. Albo ktoś coś do mnie mówi, a ja: „no właśnie, o czymś podobnym przed chwilą rozmawialiśmy z paniami…”.

Mój przykład jest trudniejszy.

No tak. Nieelegancko będzie komuś powiedzieć: „a nie, nie, najpierw dziewczynom!”

Czyli zostawiam to tak i liczę na to, że…

…że będzie dziura w ziemi, na której się potknie, rozbije sobie łuk brwiowy, źle mu zszyją i wda się zakażenie. Karma wraca. Wracając do twojego przykładu – mężczyzna powinien najpierw podejść do dziewczyn, koleżanek, pań, a one wtedy decydują jaką formę powitania wybierają – buzi buzi, piona, żółw, uścisk dłoni albo nic. Dopiero później mężczyzna kieruje się do mężczyzn i wtedy już dochodzi do wszelakich rytuałów. To jest zaniedbywane. O tym często wspominają panie u mnie na szkoleniach.

Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby puszczać kobiety w drzwiach. A jeżeli mnie ofukną, to trudno

A skoro o dziewczynach. Czy gentleman nadal przepuszcza kobiety w drzwiach?

Zależy gdzie. Wchodząc do knajpy, mogę się trzymać starej zasady, że ja wchodzę pierwszy. Oczywiście zależy, jak te drzwi trzeba przytrzymać, bo jeśli na zewnątrz, to przytrzymuję i ona pierwsza wchodzi, ale później ja prowadzę do stolika, jeżeli nie ma kelnera, czy znajduję miejsce. Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby puszczać kobiety w drzwiach. A jeżeli mnie ofukną, to trudno, ale to nie jest gafa tego kalibru, jak gdybym powiedział np. „jest pani głupia”.

Czytałeś narzekania feministek, że jeśli ja chcę żeby dziewczyna miała spektakularny orgazm, to jestem szowinistycznym egoistą, bo chcę po prostu słyszeć jak krzyczy? Dzisiejsze relacje z kobietami to jest pole minowe!

Wiesz, ja przepuszczę w drzwiach, ale nie będę na siłę całował po rękach, no chyba, że będą takie oczekiwania i kontekst pozwoli.

Przepuszczanie w drzwiach jest jeszcze ok?

Jak najbardziej!

Słabsza płeć, duh!? „Czy ty mnie uważasz za słabszą płeć”?

„Nie, nie uważam, ale pomyślałem, że tym gestem okazuję Ci szacunek. Jeżeli taka formuła Ci nie odpowiada, od dziś idę przodem”. Nic na siłę. Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, o tym mówisz, ale z drugiej strony jest pewien trend na to dżentelmeństwo i tę damowość – przepraszam za słowotwórstwo. I jestem przekonany, że to jest jak najbardziej potrzebne, ale żeby nie przesadzać w żadną ze stron.

Jeżeli wszyscy przy stole mówią „smacznego”, to ja też powiem „dziękuję, smacznego”, a nie powiem „O, buraki! Tak się nie mówi!”

Tak jak wracamy do tradycyjnego rzemiosła. Telefony są coraz bardziej zaawansowane, ale obwolutki chcemy mieć z tradycyjnie wyprawionej skóry, stół ze starego drewna. Bo tak dużo życia dzieje się na styku między mną i smartfonem, że dla odtrutki potrzebuję the real thing.

I są osoby, którym na tym zaczyna coraz bardziej zależeć.

Czy dobre maniery są odpowiednikiem tego w obszarze stosunków międzyludzkich?

Myślę, że to też prawda. Mówimy tutaj o pewnego rodzaju estetyce. Też jest tak, że można być ubranym i można być przebranym.

I tak samo można być dobrze wychowanym, a można być… szarmanckim?

Szarmanckość nie jest zła, ale można być przesadnie grzecznym, wyniosłym. Z tym paluszkiem odchylonym od uszka filiżanki.

A gdzie jest to łamanie zasad?

To jest właśnie ten zdrowy rozsądek. Ukazuję, również poprzez swoje obserwacje i doświadczenie, pewien wachlarz zachowań, daję informację, że zdrowy rozsądek jest tą oceną sytuacji, dzięki której ty czasem zachowasz się wbrew konwenansowi, ale uratujesz sytuację. Nie pisałem chyba w książce o Francuzach, z którymi jadłem tradycyjne polskie danie – sushi. Jeden z nich nie umiał łapać pałeczek, więc razem z nim jadłem palcami. Co jest de facto zgodne z etykietą, ale jeżeli byłoby tak, że on by nie czuł się z tym dobrze, to ja bym zjadł z nim to nożem i widelcem, tylko po to, żeby on się nie czuł niekomfortowo. Jeżeli wszyscy przy stole mówią „smacznego”, to ja też powiem „dziękuję, smacznego”, a nie powiem „O, buraki! Tak się nie mówi. U Orłowskiego jest to opisane jako nieeleganckie!”. Czyli de facto łamię jakąś regułę.

Zalecać zachowanie „zdrowego rozsądku w dobrych manierach” to jak w ubieraniu zalecać „poeksperymentuj, pobaw się modą”. Przychodzę z taką radą do człowieka, który w ogóle się w życiu nie ubierał, zawsze wskakiwał w te same dżinsy, zakładał te same sprane skarpetki, adidasy i bluzę z kapturem. Mówię: „Stary, odważ się”. A on nie wie na co ma się odważyć! Jak eksperymentować? Jak się bawić modą i w co?

Dla niego eksperymentem będzie start od klasyki elegancji, takiej bardzo podstawowej.

Czyli nie mówię mu „eksperymentuj”, tylko „zacznij od tego, że założysz szare spodnie do granatowej marynarki”.

A później zobacz, czy będziesz chciał się pobawić muchą, poszetką, czy odważysz się założyć różowe skarpety, czy zrezygnujesz ze swoich rumcajsów na rzecz wiedenek. Baw się konwencją.

I teraz wracamy do bawienia się konwencją elegancji.

Nie mogę powiedzieć „zabaw się sytuacją”. Ale mogę powiedzieć „spróbuj, jak pojedziesz na następne spotkanie, przedstawić jedną osobę drugiej osobie zgodnie z tym, że najpierw zwracasz się do tej wyższej rangą, a potem do tej niższej, według precedencji”. Albo „mężczyźnie podaj dłoń, wyjdź z inicjatywą, bo on jest zmieszany, aha, i ściśnij ją rzetelnie, a nie jakbyś trzymał pangę rażoną blasterem”. Albo „jak będziesz następnym razem witał się w towarzystwie, zacznij od koleżanek”.

Mogę?

Zależy. Może inaczej: jeżeli będziesz w towarzystwie, gdzie będą mężczyźni i kobiety, daj im możliwość wyboru.

Czyli co, witam je skinieniem głowy i czekam na ich reakcję?

Tak, ja mówię „cześć, dzień dobry”. I w tym momencie kobieta może wyciągnąć rękę, nadstawić się do pocałunku, albo dać flaminga.

Ale ja nie chcę obśliniać jej ręki!

Nie musisz, wystarczy że lekko muśniesz. Ale zasada jest zasada – jeżeli flaming na horyzoncie, nie ma zmiłuj. Trzeba cmoknąć.


Drogi Czytelniku! Skoro doczytałeś aż tutaj, chciałbym dać Ci jakąś nagrodę. Będzie nią możliwość wygrania egzemplarza nowej książki Adama, który przekazało mi specjalnie do tego celu wydawnictwo Znak. Masz więc dwie możliwości:

Fejsbukową: w komentarzu pod linkiem do tego tekstu na fejsie opisz krótko swoją najśmieszniejszą wpadkę z zakresu (braku) dobrego wychowania. Nie musisz nic wiedzieć, wystarczy odrobinę się skompromitować. Będzie śmiesznie. Zwycięzców wybiorę sam (zgłoszenia do końca poniedziałku 24 kwietnia 2017), ale lajki pod komentarzami bardzo mi pomogą. Zwłaszcza że do rozdania są tu dwa egzemplarze.

Metoda niefejsbukowa jest taka: wyślij na adres przemek [znaczek] smaknabyty.pl odpowiedź na pytanie: jaki był pierwszy polski podręcznik dobrych manier. Nie bój się, że jest już za późno – może nikt nie nadesłał jeszcze poprawnej odpowiedzi. Aha – to nie jest nowa matura. Nie wystarczy znaleźć odpowiedź w tekście i wpisać we właściwe okienko. Trzeba coś wiedzieć. Na odpowiedzi czekam do końca poniedziałku 24 kwietnia 2017.